Strona główna
Shalom...
Recenzje płyt
Warto znać
Warto mieć
Warto posłuchać
Inspiracje
Zdjęcia
   
 


DREAM THEATER - “Black Clouds & Silver Linings”                                 

    Dream Theater powraca nowym albumem. "Black Clouds & Silver Linings" to już dziesiąty studyjny album weteranów progresywnego metalu. Amerykańska grupa rozpoczęła prace nad albumem - drugim już w barwach Roadrunner Records po "Systematic Chaos" z 2007 roku - w październiku ubiegłego roku. "Black Clouds & Silver Linings" będzie dostępny w trzech wersjach. Niesamowitą okładkę towarzyszącą płycie tak jak poprzednio zaprojektował Hugh Syme (Rush, Iron Maiden) . Produkcją albumu zajęli się perkusista Mike Portnoy oraz gitarzysta John Petrucci, podczas gdy za miks odpowiedzialny jest Paul Northfield. Płyta osiągalna jest w 3 formatach: oprócz standardowej wersji dostępna jest specjalna trzypłytowa edycja oraz ekskluzywny, limitowany box. Dream Theater będzie promować ten album w Europie na koncertach w czerwcu, a także we wrześniu i to właśnie 30 września grupa zaprezentuje się polskiej publiczności, w bydgoskiej Hali Łuczniczka.

KORN - “MTV Unplugged”

   Jonathan Davis i koledzy przyzwyczaili nas już do tego, że słabych kompozycji ze swoich rąk nie wypuszczają. Słysząc już tylko nazwę zespołu przygotowani jesteśmy na mocną dawkę prawdziwego rockowego grania i potężną garść emocji. Jest jeszcze coś, czym Korn od lat się charakteryzuje – zaskoczenie i nieprzewidywalność. Teraz mamy kolejny tego dowód. Muzyczny zwrot o 180 stopni z zachowaniem własnej wyrazistości. To nie łatwe. Lecz kiedy sprzedaje się ponad 25 milionów płyt, wyznacza się nowe trendy i jest się wielokrotnie nagradzanym, to można się domyśleć, że i to jest możliwe. 9 grudnia 2006 w studio MTV na Times Square, Jonathan i kompanija dali akustyczny popis publiczny. Wstępnie niewyobrażalne, lecz po przesłuchaniu, czy obejrzeniu [jest także DVD] okazuje się, że to naprawdę możliwe. Korn zaprezentowali swoje znane i uznane przeboje w nowych, akustycznych wersjach. Ciekawe doświadczenie muzyczne, znając genezę powstawania oryginałów. Niespodzianek także nie brakuje. Wśród zaproszonych gości m.in. Amy Lee z Evanescence ["Freak on a Leash”] czy frontman Linkin’ Park - Chester Bennington. Dla tych, którym wydawało się, że muzyka The Cure z Korn ma niewiele wspólnego, jest także pewna niespodzianka. MTV Unplugger, to już uznana seria koncertów, dzięki którym muzyka Pearl Jam, Stinga, czy Lenny’ego Kravitz’a nabrała innego wymiaru, oczywiście nie wspominając o niedoścignionej Nirvanie. Tym razem, mam wrażenie, że Korn dzięki temu wydarzeniu, uplasują się w czołówce gwiazd występujących w serii akustycznej. Każdy, kto miał gitarę w ręku i próbował to samo zagrać „bez efektów” wie, że tak jest trudniej. Tym większe słowa uznania dla zespołu Korn, za pokazanie światu muzycznego warsztatu.    

NORAH JONES – “Not Too Late”

   Na początku było niedowierzanie, potem zachwyt i w pewnym stopniu przyzwyczajenie do muzycznej klasy, a ostatnio większe niż zazwyczaj wymagania. Czekając na nową płytę Norah Jones miałem wysoko postawioną poprzeczkę, lecz kiedy pojawiły się pierwsze dźwięki z „Not Too Late” dotarło do mnie, że Norah przeskoczyła moje „oczekiwania” bez żadnego muśnięcia. To jedna z nielicznych artystek, przez wielkie „A”, która potrafi z doboru instrumentarium na płycie, stworzyć coś wyjątkowego. Nie chodzi o to, żebym słysząc np. marimbę wpadał w zachwyt. Sposób wykorzystania poszczególnych instrumentów, odpowiednia aranżacja i przeplatanie się muzycznych planów względem siebie, powoduję, że utwierdzam się w przekonaniu, że tak też można. Wystarczy tylko chcieć. Sam początek płyty jest już zniewalający. W „Wish I Could” mamy piękną kantylenę „głosu wiodącego”, przy bardzo oszczędnym akompaniamencie gitary i przemyślanym lirycznym frazowaniem wiolonczeli w kontrapunkcie [gra Jeff Ziegler z Kronos Quartet]. W „Sikin’ Soon” można poczuć obecność Bjork i muzyczne uduchowienie Louisa Armstronga. Oczywiście wyjątkowy nastrój tworzą fortepian i kontrabas w towarzystwie perkusyjnych miotełek, gdzieniegdzie mandolina, w oddali puzon grający piano i mezzopiano, czy już wcześniej wspomniana przeze mnie marimba. W sumie 13 kompozycji, z których każda ma w sobie „to coś”. Ta płyta jest ewidentnym dowodem na to, że nie zawsze głośniej, znaczy lepiej... 

THE COOPER TEMPLE CLAUSE – “Make This Your Town”

   Moja przygoda z zespołem zaczęła się od nagrania “Homo Sapiens”. Pieśń bez żadnych fajerwerków, za to z prawdziwym rockowym zadziorem. Kiedy jednak zapoznałem się z całą płytą, musiałem chwilę się zastanowić i pomyśleć „o co chodzi?”. Teraz wiem. Chłopaki wyrzucają z siebie muzyczne pomysły niczym jednoręki bandyta w trakcie bonusu. Jednak nie ma w tym niczego, co mogłoby świadczyć o braku wyobraźni. Wszystkie partie instrumentów są przemyślane, zachowane proporcje przewijające się gdzieś w podtekście wieczne poszukiwanie. Nie bez powodu także porównywani są do Oasis i Radiohead. Jeśli ktoś lubuje się w Beatlesowskich harmoniach, to z pewnością nie będzie tym krążkiem zawiedziony. Trochę dawki elektro, trochę rock’n’roll’owego pazura i ładne melodie z pozytywnym przekazem [ostatnio towar deficytowy] to bez wątpienia walory płyty „Make This Your Town”. Jak na debiut, wielkie brawa – uznanie za „One More With Feeling”, czy „Waiting Game”. Podziękowania także dla magazynu „Kerrang!” za odkrycie i dla wytwórni fonograficznej, o której muzycy wypowiadają się w samych superlatywach. Kiedy nikt nie oszukuje i nie stara się wykorzystać, kontrakt jest przejrzysty, a w studio nie trzeba zawierać kompromisów, to można z podniesioną głową robić swoje. Sześciu szczęśliwych facetów - The Cooper Temle Clause. Oby trwało to jak najdłużej. Znamy przecież drugą stronę medalu zwanego „showbuisness”... Póki co, koszulka z napisem „Homo Sapiens” jest jedną z moich ulubionych.      

KASABIAN – “Empire”

   Kiedy w dobie komputeryzacji i wszechogarniającej nas XXI-wiecznej techniki umiejętności czysto instrumentalne przy tworzeniu muzyki idą na dalszy plan, zawsze się znajdzie ktoś, kto te wszystkie „bezduszne cudeńka” będzie potrafił wykorzystać w należyty sposób. Dla niedowiarków proponuję na początek „Empire”. Efektowną dawkę połączenia transu, elektro i czystego gitarowego grania w duchu rock’n’rolla, które nie bardzo da się „przyporządkować” obecnie panującym trendom. Wymarzony kompozytorski „wiatr we włosach” i twórczy polot, którego obecnie wielu mogłoby tylko pozazdrościć. Mianownik jeden – Kasabian. Oczywiście słyszalne punkty odniesienia [Oasis, wczesne Depeche Mode i The Beatles], to tylko harmoniczne smaczki, które dopełniają całości. Do zachwytu nad samym sobą, jak w przypadku braci Galagerów jeszcze im daleko i wszystko na to wskazuje [całe szczęście], że panowie nie mają zamiaru podążać tym samym tropem. Każde nagranie na płycie niesie za sobą stylistyczną niespodziankę. Np. „By My Side” - oszczędne, zgrabnie zaaranżowane smyczki, które pozornie kontrastują z akustycznymi gitarami, jednak finalnie tworzą bardzo eleganckie plany dźwiękowe. Do tego bas [akustyczny], chwilami prowadzący linię w dwudźwiękach. Rzadko można coś takiego obecnie usłyszeć. W „British Legion” doświadczamy kunsztu budowania nastroju w piosence i właściwego dojścia do kulminacji. Czasem o to trudno. To płyta, której słucha się z przyjemnością. Utrzymana w umiarkowanym tempie, choć nie równa. Sporo zmian natężenia dźwięku i „nowych” stylistycznych odniesień. Chętnych nie powinno brakować.  

WITHIN TEMPTATION - „The Heart Of Everything”

   Wielokrotnie nagradzana duma Holandii ukazała nam swoje nowe oblicze. Nagroda World Music Award sprzed kilku lat, dla najlepiej sprzedającego się zespołu, do czegoś zobowiązuje. Wspominając wcześniejszy krążek „The Silent Force” warto wspomnieć, że płyta doczekała się także swojej premiery w Japonii i Australii. Nie każdy miał taki przywilej. Ale i nie w każdym pokłada się tyle nadziei, co w Within Temptation [przynajmniej jeśli chodzi o Holendrów]. Tym, co lubują się w dobrze przemyślanych i zarazem pięknie prowadzonych liniach melodycznych, śpiewanych przez atrakcyjną kobietę, okraszonych porządną dawką gitarowego mięsa [Evanescence, Nightwish], z pewnością płyta przypadnie do gustu. Sporo tu zagadek brzmieniowych, które warto samemu rozszyfrować. Płyta zmienna jak kobieta. Są tu zarówno piosenki z mocnymi rockowymi riff’ami, jak i te, z których emanuje zwiewna kobieca subtelność. Ciekawe wrażenia. Nad całością czuwał Stefan Glaumann [Rammstein], który odpowiedzialny jest za zmiksowanie materiału zawartego na „The Heart Of Everything”. Można to usłyszeć. Z ciekawostek, warto wspomnieć, o wokaliście Life Of Agony [Keith Caputo], który zaśpiewał gościnnie na pierwszym singlowym krążku "What Have You Done". Lecz nie wydaje mi się, aby wniósł on poważny wkład do twórczości Within Temptation. Owszem, jest to fajne i to wszystko. Nagranie już samo w sobie brzmi bardzo porządnie. Cała płyta także – nie ma w niej muzycznej przypadkowości.

PUSCIFER – V Is For Vagina

     Po bardzo udanym przyjęciu albumu ‘10 000 Days’ swej rodzimej formacji Tool, Maynard James Keenan powołał do życia nowy projekt o nazwie Puscifer. Nie oznacza to jednak końca działalności Tool’a. Wokalista znany także z A Perfect Cirkle najwyraźniej nie potrafi usiedzieć w miejscu i głowa kipi od pomysłów. To słychać na nowej płycie ‘V Is For Vaiona’, na której gościnnie pojawili się m.in. Tim Alexander z grupy Primus, były członek Nine Inch Nails - multiinstrumentalista Danny Lohner, Matt Mitchell oraz aktorka Milla Jovovich. Puscifera nie da się opisać jednym zdaniem, lecz na pewno można powiedzieć, że mimo ‘ciemnych barw’ całości, kompozycje Maynarda Jamesa Keenana charakteryzują się pokaźną dawką melodii, podpartych na prawdę mocnym fundamentem rytmicznym. Płyta choć w tempie umiarkowanym, zawiera pokaźną dawkę energii hipnotyzując odbiorcę już od jej pierwszych taktów. Część kompozycji już znalazła swoje ‘gościnne miejsce’ na ścieżkach dźwiękowych do filmów ‘Underworld’ i ‘Underworld: Evolution’. Nie to jest jednak najważniejsze. Jak Maynard James Keenan mówi, każdy słuchający powinien poczuć energię przepływająca z dźwięków, a "ciała powinny dać się ponieść tańcom, zupełnie jakby J. Lo przeprowadzała casting do teledysku Thriller..." Przyznam, że piruetów z kręceniem biodrami przy tej płycie sobie nie wyobrażam, ale to, że większość wpadnie w energetyczne ‘sidła’ Puscifera, potrafię. 

RIVERSIDE – ‘Rapid Eye Movement’

      Mariusz Duda przed premierą mówił: „Chcemy zaskakiwać samych siebie i nie chcemy się powtarzać w tym, co robimy. Dlatego ta płyta jest inna niż „Out of Myself” i inna niż „Second Life Syndrome”. Faktycznie jest inna, ale czy lepsza nie wiem. Jeszcze się do niej nie mogę przekonać mimo kilu przesłuchań i usilnych chęci. Mam problem. Trzecia część trylogii „Reality Dream” oczywiście nawiązuje do poprzednich znakomicie przyjętych krążków, lecz chyba nie tak powinien wyglądąć/brzmieć finał. Teraz jest trochę rockowo, trochę psychodelicznie, także trochę alternatywnie, lecz do końca nie wiadomo jak ? Tak jak na poprzednich płytach zespół był stylistycznie zdeklarowany, tak tu trudno wskazać kotwicę brzmieniową. Druga rzecz, to odnoszę wrażenie, jakby zespół przestał się rozwijać. Ewidentnie brak na tym albumie czegoś, czego nie znałbym z poprzednich płyt. Oczywiście dla wiernych fanów to z pewnością będzie ‘coś’, bo przecież to Riverside [chociażby ze względu na wspomnienia]. Jednak dla zwolenników Dream Theatre, Porcupine Tree, czy nawet Rush to zdecydowanie za mało. Szkoda by było, aby ostatnia część trylogii, płyta ‘Rapid Eye Movement’ była jednym z tych albumów, które wędrują na półkę po pierwszym przesłuchaniu [obym się mylił]. Jak na razie wszystko na to wskazuje. Na szczęście obiektywnie można przyznać, że każda płyta Riverside potwierdza muzyczny kunszt jaki bez wątpienia grupa posiada. Tyle, że w dzisiejszej muzyce to nie wszystko.

TOTENTANZ – ‘Nieból’

    Od jakiegoś czasu błąkała mi się po głowie upiorna myśl, że w obecnej rodzimej muzyce już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Nagle zdarzyło się cos dziwnego. Totentanz – nic odkrywczego, jednak przykuło moją uwagę od samego początku. Brzmieniem nie byłem zaskoczony, przewidywalnością tym bardziej, ale szczerość przekazu jaka zawarta została na płycie nie pozostawiła mnie na nią obojętnym. Po pierwszym przesłuchaniu płyty ‘Nieból’, wcisnąłem ‘repeat’ i tak jeszcze kilka razy. Teraz mogę stwierdzić, że mamy chyba jeden z lepszych debiutów 2007 roku. Totentanz, to zespół pochodzący z Tarnowa, w którym dwoje muzyków do niedawna współtworzyło legendarną już punkrockową kapelę KSU. To wiele tłumaczy. Być może i to sprawiło, że płyta brzmi tak, a nie inaczej. ‘Nieból’, to album pełen emocji z tekstami charyzmatycznie śpiewanymi po polsku, o wszystkim co ważne. Płyta mądra, równa w brzmieniu i bardzo sprawnie zagrana. Pomimo zawartej w niej dźwiękowej siły [choć ballad nie brakuje] jest niezwykle komunikatywna, a muzyka Totentanz daje się po prostu polubić. ‘Nieból’, to mocne gitarowe riffy połączone z dobrze przemyślanymi melodiami, które dają grupie duże szansę na to, by w dość szybkim tempie zdobywać z dnia na dzień coraz większą rzeszę oddanych fanów. Być może jeszcze kilak przesłuchać, a sam się będę do nich zaliczał. Inna sprawa, że Coma już czuje na plecach oddech konkurencji [jeśli w ogóle o konkurencji mowa], a dla muzyki to bardzo dobrze.  

SIOUXIE – ‘Mantaray’

    Wierni fani Siouxsie And The Banshees na pewno za nią tęsknili, ale nie do końca wierząc, że może powrócić sama! To stało się faktem. Siouxie odważnie, po raz pierwszy nagrała płytę, która udowadnia, że Susan Janet Ballion [tak się na prawdę nazywa] po latach milczenia, ma jeszcze wiele muzycznie nam do powiedzenia. To naprawdę fajne melodie z mądrze ułożona harmonią, a także aranżacjami, które ani przez chwilę nie ocierają się o banał. To płyta w pewnym sensie kobieca, choć w muzycznym przekazie zdecydowanie nie tylko dla kobiet. Intrygująca i zaskakująca. Uwodząca i niepokojąca. Momentami pięknie niedopowiedziana, słuchacza nie pozostawiając na dźwięki obojętnym. Udowadniająca, że w głosie dojrzałej już artystki, tkwi potencjał, którego z pewnością pozazdrościć jej może wiele znacznie od niej młodszych wokalistek, kreujących się na wielkie gwiazdy. ‘Mantaray’ to płyta, której zdecydowanie lepiej posłuchać niż o niej opowiadać. To album zawierający zarówno industrialne elementy w ‘About To Happen’, jak i muzyczne momenty, których pewnie nie powstydziłby się Trent Reznor z Nine Inch Nails. Sporo tu miłych dla ucha ‘zbliżeń’ więc z tym większą przyjemnością słucha się całości, nie wyjmując krążka z odtwarzacza po pierwszym przesłuchaniu. Myślę nawet, że to jedna z tych płyt 2007 roku, do których dość często będziemy wracać.     

THE EAGLES – ‘Long Road Out Of Eden’

Na taki powrót warto było czekać. Biorąc pod uwagę multiplatynową sprzedaż ostatniego koncertowego DVD grupy, miło jest się przekonać, że w tworzeniu melodii i następstw akordów w oparciu o harmonię klasyczną wciąż ‘Orły’ są niedoścignionym wzorem do naśladowania. Każdy, kto jest wrażliwy na ładne dźwięki z dużą dawką muzyki z muzyce powinien tę płytę mieć w swojej kolekcji. Żywa legenda jaką bez wątpienia są The Eagles, płytą ‘Long Road Out Of Eden’ potwierdzają tylko, że jeszcze kompozycyjnie nie powiedzieli ostatniego słowa. Świetnie rozpisane partie wokalne, przepięknie rozłożone instrumenty w aranżacyjnych planach i ciągła chęć tworzenia mądrej muzyki, to atuty, których można im tylko pozazdrościć. Zresztą, z tego to zawsze słynęli. Teraz tylko udowadniają, że wciąż mogą to robić znakomicie. 120 milionów sprzedanych płyt oraz cztery statuetki Grammy dają im przecież wystarczającą możliwość ‘odcinania kuponów’. A jednak wrócili. To na prawdę miło, że po latach Panowie Profesorowie jakimi obecnie są G.Frey, D.Henley, J.Walsh i T.Schmit potrafią wciąż sprawiać nam radość słuchania.  

AGRESSIVA 69 – “Out”

Prekursorzy nurtu rock-industial w Polsce, w rok po wydaniu płyty ‘In’, ukazują nam jej rewers – dwupłytowy album ‘Out’. To z jednaj strony zestaw remisów własnych nagrań, dokonanych przez czołówkę polskich producentów nowoczesnej elektroniki [Husky, Popup czy Stealpot] oraz społeczności MySpace [m.in. Anthill, Effectvol, Cwisdom]. Z drugiej zaś, kolekcja utworów innych wykonawców we własnych aranżacjach [m.in. Republika – Kombinat, Poranna wiadomośc ; Queen – Body Language ; Visage – Fade To Grey ; Frankie Gest To Hollywood – Relax]. Do tego jeszcze w zestawieniu znajdują się cztery kompozycje stworzone na potrzeby filmu ‘Pod Powierzchnią’ Marka Gajczaka [‘Miasto’, ‘W stronę dymu’, ‘Znieczulenie’ i ‘Ogień’]. Sporo się dzieje i można odnieść wrażenie, jakby tyle ‘grzybów w barszczu’ mogło tej płycie zaszkodzić. Nic podobnego – mimo wielu pozornych zmian stylistycznych, płyta jest mocno zakorzeniona w nurcie, do jakiego Agressiva 69 przyzwyczaiła nas przez lata. Ciekawa propozycja, która pokazuje jak wiele jeszcze można stworzyć z odpowiednich brzmień i dźwięków, w zależności od ich ułożenia.