Strona główna
Shalom...
Recenzje płyt
Warto znać
Warto mieć
Warto posłuchać
Inspiracje
Zdjęcia
   
 


KING'S X - 'XV'

     Każda płyta tego zespołu sprawia, że mówi się o niej głośno wśród fanów dobrego rockowego grania. Po solowych dokonaniach Doug’a Pinnick’a i Ty Tybora wreszcie pojawiła się nadzieja dla tych, którzy mięli wątpliwości do poprzedniej płyty ‘Orge Tones’. Tym razem wątpliwości już nie ma. Na takie King’s X z pewnością czekali wszyscy wielbiciele potężnej dawki muzyki w muzyce. Kilkanaście piosenek, wśród których ‘Repeating Myself’, czy ‘Julie’ nie pozostawiają złudzeń, że zespół wciąż jest w wysokiej formie. Już rozpoczynający płytę ‘Pray’ utwierdza nasz w przekonaniu, że nie ma żartów i warto się skoncentrować słuchając jej dalszej części. Z pewnością uwadze nie umkną miłe dla ucha smaczki harmoniczne i aranżacyjne, do których King’s X przyzwyczaili nas przez lata. Płyta ‘XV’ jest idealnym dowodem na to, że siła gitarowej muzyki nie polega tylko na mocy wzmacniacza i ilości przesterów w nim zawartych, lecz także na mądrym budowaniu formy każdej kompozycji – nawet jeśli miałaby być stworzona na dwóch akordach.  

FISHBONE – „Live”

    Po albumie "Still Stuck In The Throat" zespół Fishbone zdecydował się uwiecznić trasę koncertową i wydać CD i DVD koncertowe. "Live" to 12 utworów na płycie CD i 18 na DVD, pełnych mieszanki rocka, ska, funky z punkowym duchem. To pierwsze oficjalne koncertowe CD/DVD Fishbone w ich 20-letniej karierze. To jest pozycja obowiązkowa, dla każdego smakosza muzyki !

GRINDERMAN - "Grinderman"

   Gdyby nie Nick Cave And The Bad Seeds, nie byłoby zespołu Grinderman. Trzy lata temu Nick Cave zebrał małą ekipę: skrzypka Warrena Ellisa, basistę Martyna Casey i perkusistę Jima Sclavunosa, w maleńkim paryskim studio Misère w celu komponowania piosenek i w efekcie powstał zupełnie nowy zespół. Potem była płyta „Abattoir Blues/The Lyre Of Orpheus”, a po sukcesie krążka muzycy pełnoprawnie spotykali się nadal. Rok temu muzycy zarezerwowali londyńskie Metropolis Studios na pięciodniowy maraton nagrywania, gdzie powstało wiele godzin surowego materiału. Warren Ellis wspominając mówi: „To miało być coś bardzo otwartego i swobodnego. Poszliśmy w kierunkach, w które normalnie nigdy byśmy się nie udali… a potem próbowaliśmy zabrnąć jeszcze dalej…” Dokąd zabrnęli warto się przekonać samemu słuchając „Grinderman”. W prostych dźwiękach tkwi niewyobrażalna siła, tylko trzeba osobowości, która by wydobyła z nich to, co może być niepowtarzalne, nieprzewidywalne i zarazem wyjątkowe. Mamy zatem jedenaście nowych nagrań, które proste w odbiorze nie są, ale można być pewnym, że jak złapią, to trzymać będą odpowiednio długo. „Grinderman” jest płytą dal tych, co to muzycznych wyzwań się nie boją, nie mają uprzedzeń do klasycznej harmonii i w muzyce szukają bardziej emocji, niż ładnych słodkich melodii. Płyta na pewno wyjątkowa, choć trudna. Warto posłuchać, by wyrobić sobie własne zdanie.

TORI AMOS - "American Doll Posse"

    To już dziewiąta płyta w karierze Tori Amos. Jednak nigdy dość takiej muzyki. 12 milionów sprzedanych płyty i wierna grupa fanów artystki sprawiają, że kolejne krążki stają się wielkim wydarzeniem nie tylko muzycznym. W obecnie panującym showbuisnessowym rozpędzie, niewiele jest takich artystek, które swoją sceniczną postawą i kunsztem wokalnym poruszają w słuchaczach całe wnętrze, a muzyka staje się niezastąpionym dopełnieniem całości. To jest taka płyta. Niby wycofana, a jednak na pierwszym planie. Niby oszczędna w brzmieniu, a nie wypada dodawać niczego więcej...itd. Przychodzi mi go głowy powiedzenie, że lepszy jest niedosyt, niż przesyt, lecz w tym przypadku ani o jednym, ani o drugim nie ma mowy. Ta muzyka jest balsamem na skołatane duszę „buszujących” w IV RP. To jakby magnes, który powoduje, że zatapiając się w dźwiękach „American Doll Posse”, przenosimy się w inny – lepszy – wymiar i wcale nie mamy zamiaru powracać do rzeczywistości. Mimo tego, że niektóre kompozycje głęboko poruszają wnętrze i wcale nie należą do optymistycznych, to zadziwiająco szybko poddajemy się im bez wahania. Zdecydowanie jest to płyta dla „bardziej wymagających”, którzy poszukują jeszcze więcej muzyki w muzyce. Osobiście nie mogę się doczekać przyjazdu gwiazdy do Polski, bowiem koncert promujący w warszawskiej Sali Kongresowej został już potwierdzony [19 czerwca]. Nie wyobrażam sobie, abym na nim się nie znalazł.    

MIDNIGHT OIL - "Flat Chat"

    Pierwsze wrażenie – o kurcze, 18 piosenek, będzie czego posłuchać. W końcu kazali na siebie trochę czekać. Jednak jakoś z każdą kolejną minutą przesłuchiwania płyty emocje jakoś opadały mimo ewidentnego zaangażowania mojego i zespołu. W pewnym momencie zaczęło mi się ich robić żal, więc wyłączyłem płytę. Myślę- nie, zacznę jeszcze raz, może mam po prostu złe nastawienie. To samo. Już samo nagranie otwierające „Only The Strong” sprawia, że nie ma w nowym Midnight Oil „tego czegoś”. Ponad godzina muzyki i nie wiem jakie nagranie miałbym wytypować jako wizytówkę płyty. Zaznaczam, że nie jest to przyzwyczajenie do „Beads Are Burning”, „Blue Sky Mine”, „The Dead Hart” i temu podobnych. Jednak mimo wszystko, po przesłuchaniu płyty powróciłem do „Diesel And Dust” aby nie zacierać nowościami tego, za co darze sentymentem zespół. Prosta sekcja, krótkie frazy – szlagworty i klimat, który zawsze kojarzy mi się samochodową przejażdżką. Tu, jakby się te proporcje gdzieś pogubiły. Nie pomaga nawet wprowadzenie do kilku nagrań „nowoczesnych” loop’ów nadających im pozornie nowej przestrzeni. Wszystkie piosenki są przewidywalne, formy od lat znane i niestety jakby odpowiednio pomiksować poszczególne nagrania z „Flat Chat”, to z osiemnastu piosenek, zostałyby ze cztery. Mam wielki niedosyt i nawet czuję delikatną złość do, bo dużo sobie obiecywałem po tej płycie. Szkoda...

BRYAN FERRY - "Dylanesque"

   Piosenki Boba Dylana w wykonaniu Bryana Ferry’ego ? Tego jeszcze nie było. To dobra szkoła dla “młodych gniewnych” dla których ważniejsza jest kompozycja od interpretacji. „Dylanesque" jest swojego rodzaju podręcznikeim pokazowym, jak z dawno temu napisanych piosenek i zgranych już niemiłosiernie można wciąz “wyciągnąć” drudie dno. Zresztą to nie pierwsze podejście pana Bryana do nie swoich kompozycji, bowiem miał do czynienia wcześniej z m.in. “The Price of Love”, “As Time Goes By” czy “I Put a Spell on You”. Bez wątpienia Bryan Ferry nadaje im swój niepodrabialny styl. Warto swpomieć, że dzięki pierwszemu olśniewającemu coverowi “Hard Rain”, Ferry dołączył do wąskiego grona artystów, którzy – jak Jimi Hendrix czy The Byrds - nagrali jeszcze lepsze niż oryginał wersje piosenek Dylana. Nowa płyta “Dylanesque” jest efektem przemyśleń artysty od 1973 roku, kiedy po raz pierwszy wpadł na pomysł, aby nagrać cały album z piosenkami Boba Dylana. Wokalnie, jak zwykle z wielką klasą. Wrażliwy, pełen natchnienia, a zarazem komunikatywnie lekki, co ma odbicie w swobodzie słuchania. Swobodnie także przebiegało nagrywanie płyty. Wszystko zostało zarejestrowane w zaledwie tydzień ! Jak powiedział artysta „Tym razem po prostu poszło jak z płatka. Chciałem uniknąć tego uczucia zamknięcia w studio. Nagraliśmy na żywo wokale, harmonijkę, wszystko na żywo...” Bravo Panie Bryanie!

JOSS STONE - "Introdusing"

     Uwielbiam artystów, dla których to, co najważniejsze, to ciągła praca nad sobą i stałe doskonalenie warsztatu tak, by postrzegać muzykę w najbardziej szerokim spektrum jak to tylko możliwe. Joss Stone do takich gwiazd się zalicza. Mimo młodego wieku jest niezwykle dojrzałą muzycznie artystką. Warto pamiętać, że sprzedała prawie 8 milionów płyt na całym świecie, nominowana była do kilku nagród Grammy, wystąpiła z Jamesem Brownem, The Rolling Stones, Stevie Wonderem, Eltonem Johnem, była gwiazdą wielkich kampanii reklamowych i zaprezentowała się na koncercie Live 8, nim ukończyła 19 lat!!! Jednak dopiero teraz mówi : „To mój pierwszy album, na którym naprawdę jestem sobą, dlatego nazwałam go Introducing Joss Stone. To moje słowa i moja prawdziwa tożsamość artystyczna." Trudno wyrazić słowami przyjemność z odsłuchiwania płyty, ale mam wrażenie, że Joss zalicza się do tych nielicznych, dla których śpiew jest darem - po prostu. Płyta jest pozornie prosta brzmieniowo, lecz z każdym następującym taktem odkrywamy w niej niewyczerpalne pokłady aranżacyjnych możliwości. To niesamowicie przeplatające się plany dźwiękowe łączące ze sobą sekcję smyczkową z oryginalnymi loopami, jaki i fenomenalnie rozłożone w panoramie np. legato i pizzicato. Wszystko to składa się na wielką soulową ucztę spod znaku Joss Stone. Najwyższa szkoła muzycznej myśli przestrzennej. Gościnnie pojawiła się także Lauryn Hill, która wspomogła Joss Stone w nagraniu „Music” zainspirowanym utworem „The Mask” z repertuaru Fugees – innej możliwości nie było. Efekt taki jak i cała płyta – znakomity. Aż trudno w to uwierzyć, że ta dziewczyna [tak naprawdę] długie lata kariery ma jeszcze przed sobą. Takiego talentu można tylko pozazdrościć.

PATI SMITH - "Twelve"

     Wszystko wskazuje na to się, że świat coverami stoi. Szczęśliwi, którzy muzycznie realizowali się w latach minionych... Moda na przeróbki starych nagrań dopada nawet tych, od których byśmy się tego nie spodziewali. Ale może tak na być. „Twelve”, to popularne utwory innych artystów przerobione na kształt legendarnej rockowej wokalistki jaką jest bez wątpienia Pati Smith. Tyle, że w tym przypadku legenda Pati zawiodła. Faktem jest, że premiera zbiegła się w czasie z wprowadzeniem wokalistki do prestiżowego Rock & Roll Hall of Fame, lecz takim produktem jak „Twelve” nie ma się co szczycić. Płyta nudna, monotonna i jak na Panią Smith wyjątkowo przewidywalna. Oczekiwałem zdecydowanie większej inwencji interpretacyjnej, biorąc pod uwagę materiał wyjściowy ["Pastime Paradise" Stevie’go Wondera, "Everybody Wants To Rule The World" Tears for Fears czy "Helpless" Neila Younga, o utworach The Doors, Nirvany, Jefferson Airplane i The Rolling Stones nie wspominając]. Nie chciałbym szarżować stwierdzeniem, że Pati się starzeje, ale pomysłu nie rozumiem. Płytę traktuję jako ciekawostkę muzyczną, że kobieta też może zaśpiewać równie nudnie jak Bob Dylan. Wśród gości pojawili się: Flea z „Red Hot Chili Peppers”, Rich Robinson [The Black Crowes] i Luis Resto współpracujący z Eminemem [zagrał na klawiszach], a nawet dzieci Patti – syn Jackson (gitara) i córka Jesse, która „pomagała” mamie śpiewać. Rodzinna pamiątka jest. To wszystko...

AIR – „Pocket Symphony”

     Dla znawców tematu, to dobra dawka aranżacyjnego myślenia wybiegającego w przyszłość. AIR powracając z nową płytą, pokazali nam jak bardzo można wybiec w przyszłość. Gdyby ten album ukazał się przy okazji Euro 2012 pewnie nic by się nie stało biorąc pod uwagę obecnie rozwijające się trendy w muzyce... Mamy płytę bezkompromisową, która w swojej alternatywnej rzeczywistości niesie w sobie nowatorską wizję artystyczną. Dobór instrumentów także daje do myślenia. AIR na „Pocket Symphony” wykorzystali także instrumenty z dalekiego wschodu [„koto” ,nazywane też harfą japońską oraz „samisen” - trzystrunowy instrument przypominający banjo - jeden z najpopularniejszych instrumentów klasycznych w Japonii]. Trudno wskazać kompozycyjnego faworyta na krążku, bowiem AIR warto byłoby mierzyć w innych kategoriach. Tu nie ma przebojów – tu dźwięki trzeba po prostu zrozumieć. Wśród gości m.in. Jarvis Cocker i Neil Hannon z Divine Komedy [kolejny dowód na to, że prawdziwa muzyka wciąż łączy]. Jeśli ktoś miał już chwile zwątpienia co do nowego AIR i płyty, która przypominać będzie dawne osiągnięcia zespołu, to z całą pewnością ta płyta rozwiewa wszelkie wątpliwości. AIR, to stale rozwijająca się fabryka dźwięków, która sama sobie podnosi muzyczną poprzeczkę. „Pocket Symphony” to album dla zdecydowanie bardziej wymagających i takich, którzy szukają w dźwiękach „czegoś więcej”. Duża przyjemność.

HINDER - "Extreme Behavior"

     Już mówi się o tym, że utwór "Lips Of An Angel" przyniósł zespołowi Hinder taki sukces, którego nie spodziewali się nawet sami muzycy. Szczerze mówiąc wcale mnie to nie dziwi biorąc pod uwagę zapatrzenie „młodych kolegów z branży” w dokonania np. Chada Kroegera i Nickelback. Tyle, że na płycie nie ma nic nowego, co by mogło zaciekawić. Piosenki mega wtórne, jakich tryliony na każdej szerokości geograficznej, gdzie człowiek potrafi wydobyć z gitary kilka prostych dźwięków. Jeśli miałbym sugerować się tytułem, to szczerze mówiąc, po przesłuchaniu płyty stałem się bardziej „ułożony”, niż przed włożeniem krążka do odtwarzacza. Hinder znudził mnie extremalnie. Dwóch gitarzystów, a kompletnie nic z tego nie wynika [brak solówek pewnie zamierzony]. Czterech podobno śpiewa, a trudno na płycie doszukać się nawet oryginalnych dwugłosów. Ale żeby nie było tak tragicznie. Mam świadomość, że są tacy [a raczej takie], które od artystów nie oczekują zbyt wiele. Ma być przecież ładnie, melodyjnie, prosto harmonicznie i wizualnie „miło”. Jednak obawiam się, że gdyby postawić Hinder obok „Sum 41”, „Foo Fighters”, czy nawet „Papa Roach”, wypadli by blado. A na miejscu Nuno Betencourt’a zastrzegłbym wyraz „extreme”. Jest tylko jedna dobra strona tej płyty. Tu są same proste harmonie, przy których idealnie można ćwiczyć gitarowe solówki.   

KAISER CHIEFS - "Yous Truly, Angry Mob"

     Jeśli ktoś zna poprzedni krążek "Employment", to może się spodziewać muzycznej kontynuacji. Jeśli zaś nie jest zbytnio obeznany w twórczości zespołu z Leeds, to będzie miał dobry przykład na to, jak można się fantastycznie bawić grając w fajnym zespole radosne piosenki. Od samego początku takie perełki jak "Everything Is Average Nowadays", czy "Ruby" sprawiają wrażenie murowanych przebojów. Zresztą obok "Heat Dies Down” także nie należałoby przechodzić obojętnie. To płyta dla niedowiarków, którzy nie do końca są przekonani do tzw. „marginesu tolerancji”. Dobre lekarstwo dla wszystkich traktujących kompozycje zbyt serio. Na krążku „Yours Truly, Angry Mob” mamy proste i rytmiczne piosenki, które w dziwny sposób zaskakują nas swoją chwytliwością. Uśmiech wzbudza także chórek, pojawiający się to tu, to tam, powodując, że zaczynamy śpiewać razem z nimi. Mocną stroną płyty są również ballady, w których Kaiser Chiefs udowadniają nam, że wiedzą co robią. Idealna płyta na letnie spotkania zgranej paczki przyjaciół, którzy lubią się śmiać i radość czerpać także z muzyki. To także płyta dla tych, którzy chcieliby przekonać się jak z pozornie prostego utworu można w oryginalny sposób zrobić naprawdę ciekawą piosenkę. Mam wrażenie, że udane lato tego roku w dużej mierze będzie uzależnione od intensywności odtwarzania nowej płyty Kaiser Chiefs. 

SIMPLY RED - "Stay"

     Kiedy ogłosili zawieszenie działalności koncertowej, wielu zastanawiało się czy jeszcze usłyszy nowe muzyczne propozycje od Micka Hucknalla i jego kolegów. Okazuje się, że zespół wciąż prezentuje się w doskonałej formie. Płyta „Stay” to zdecydowanie kontynuacja wybranego przez Simply Red stylu, do jakiego przyzwyczaił nas przez lata swojej świetności. To pop w znakomitym wydaniu. Zgrabnie skomponowane piosenki z przemyślanymi liniami melodycznymi łatwo wpadającymi w ucho. To także nawiązanie do „Stars”, czy „If You Don’t Know Me By Now” - piosenek, których po prostu nie da się zapomnieć.  Zresztą Simply Red nigdy nie poszukiwali w muzyce. Podążali wytyczonym przez siebie nurtem z zadziwiającą skutecznością. Nowa płyta jest niezwykle dojrzałą produkcją. Być może to sprawa minionych lat szaleństw i ekstrawagancji Micka Hucknalla, kiedy romansował z Heleną Christensen i Catheriną Zetą-Jones wprawiając sobie rubinowy ząb. Teraz to szczęśliwy ojciec i właściciel włoskiej winnicy, mający własne studio nagraniowe – biznesmen i muzyk, który dobrze wie co robi. Zespół zaś, jak wino z czasem nabiera nowego oryginalnego posmaku. Płyta „Stay” nie porywa przebojowością, ale w tym przypadku pewnie nie o to chodzi. To typowy, równy zestaw popowych piosenek dla wielbicieli ciepłych brzmień i dobrej muzyki spod znaku Simply Red. Choć nie wątpię, że i nowi zwolennicy talentu Micka Hucknalla się znajdą. 

BLACK SABBATH - "The Dio Years"

     Wielu twierdzi, że Ronnnie James Dio, to najlepszy wokalista jakiego Black Sabbath miało w swoich szeregach. Skoro tak, to płyta „The Dio Years” jest jak najbardziej dla nich. To swoiste podsumowanie obecności wokalisty w grupie. Na jednej płycie zawarty został zestaw najlepszych utworów z poprzednich krążków "Heaven & Hell", "Mob Rules", czy "Dehumanizer". Oczywiście nie należy także zapominać o koncertowym „bonusie” "Children Of The Sea" z "Live Evil". Wszystko zostało zgrabnie zremasterowane, co znacząco wpłynęło na brzmienie całości. Trudno to sobie wyobrazić, ale na tej płycie Black Sabbath brzmią bardzo świeżo, emanując niesamowitą energią. Słucha się tego z zapartym tchem. Na uwagę zasługują trzy premierowe utwory, nagrane od czasu „Reunion” [1988]. Nie możliwe wydaje się, by „starsi” panowie grali jak „młodzi – gniewni”, lecz ta płyta jest dowodem na to, że takie rzeczy są możliwe pod warunkiem, że jest się w składzie Blask Sabbath. Wystarczy posłuchać "Devil Cried", "Ear In The Wall" czy nawet "Shadow Of The Wind". Niejeden młody jeszcze by się wiele nauczył...
Jeśli zaś chodzi o R.J.Dio. Ten facet, mimo upływających lat nie stracił ze swojego potężnie brzmiącego głosu ani trochę! Zaryzykuję stwierdzenie, że po odcięciu się od Ozzy’ego w kapelę wstąpiło „drugie” życie. Czy lepsze..? Na pewno warto posłuchać. „The Dio Years” to doskonały prezent dla każdego fana mocnego grania.     

PAUL RODGERS - "Live In Glasgow"

      Artysty przedstawiać nie trzeba. Wiele lat upłynęło od czasów świetności Free i Bad Company, a Paul udowadnia nam, że wybór jego do składu Queen był słuszny. Polemizował z tym nie będę, bo i tak mam swoje wyrobione zdanie. Lecz obiektywnie musze stwierdzić, że wokalista ma prawo nosić głowę wysoko. Mamy tutaj zapis wyprzedanego koncertu artysty z Clyde Auditorium w Glasgow, który odbył się 13 października 2006 roku. Ten koncert zamykał światową trasę. Zarejestrowanych zostało 17 utworów, wśród których oczywiście znalazły się klasyki z dorobku Free [m.in. "All Right Now", "I'm A Mover", "The Hunter”] i Bad Company ["Can't Get Enough", "Seagull"], ale także coś dla tych, którzy pamiętają The Firm ["Radioactive”]. Niespodzianką na pewno jest zaprezentowanie piosenek publicznie, których Paul Rodgers nie od ponad trzydziestu lat. Ostatnio jego koncertowym umiejętnościom wokalnym mogliśmy przysłuchiwać się na krążkach „Live Return of The Champions” i zapisach występów w Japonii „Super Live In Japan” w towarzystwie Briana May’a oraz Rogera Taylora, występując jako Queen + Paul Rodgers. Zdania podzielone i wcale mnie to nie dziwi. Tu jednak, czapki z głów. Pan Rodgers czuje się ja ryba w wodzie. Może to Glasgow, a może siła i sentyment to dawnych nagrań. Posłuchać warto, choćby po to, by wyrobić sobie opinię przed ukazaniem się nowej płyty „Queen” z jego udziałem. 

MAXIMO PARK - "Our Earthly Pleasures"

     Po udanym debiucie "A Certain Trigger”, wielu rozpisywało się na temat muzycznego wydarzenia jakim bez wątpienia było Maximo Rark. Natomiast zadziwiająco cicho się zrobiło, kiedy światło dzienne ujrzała nowa produkcja zespołu "Our Earthly Pleasures". Nie chciałbym używać tu zbyt mocnych słów, lecz przyznać muszę, że nie bardzo to rozumiem. Faktem jest, że płyta na wstępie nie jest „powalająca” i trochę jej może brakuje do debiutu [pozornie], ale żeby aż tak milczeć...? Podejrzewam, że wiąże się to z pewnym rozczarowaniem, bowiem apetyty na Maximo Park były wielkie. Wielu liczyło na to, że chłopaki zawojują świat, a tu coś nie tak. Tylko czy na pewno...? Płyta "Our Earthly Pleasures" [co by o niej nie mówić] zdecydowanie ma w sobie „to coś”. Problem jednak polega na tym, że trzeba chęci, aby „to coś” odnaleźć. Rozumiem, że nie każdy ma na to czas, ale także nie każdy zespół swoje pomysły podaje „na tacy”. Przyznać muszę, że w tym przypadku, każdy kolejny odsłuch tego krążka, coraz bardziej mnie do niego zbliża. Nie ma także wątpliwości, że płyta ma w sobie kilka ewidentnych hitów, jak np. "Apply Some Pressure", "Our Velocity” czy nawet "Karaoke Plays". Jestem przekonany, że w europejskich rozgłośniach nagrania te z pewnością znajdą swoje miejsce. O Anglię się nie martwię, bo tam chłopaki sprzedają spore nakłady płyty i wciąż mają gdzie grać. Osobiście chłopakom kibicuję.   

ARCTIC MONKEYS – „Favourite Worst Nightmare”

      Pamiętam dzień, gdy ukazała się płyta “Whenewer People Say I’m, That’s What I’m Not”. Nie tylko ja wpadłem w małpi zachwyt. Może to sposób dotarcia do rzeszy przyszłych fanów – imponujący internetowy lans. Nie wiem, ale jedno jest pewne – młodej kapeli z tak efektownie gitarową brawurą, dawno nie słyszałem. Po solidnej dawce fantastycznego „debiutanckiego” grania, miałem obawy przed podejściem do kolejnej płyty. Jakże błędne. Oto mamy kolejną odsłonę niezwykle radosnego „wściekłego popu” i zadziwiający kompozytorski polot, którego wielu może pozazdrościć. Płyta „Favourite Worst Nightmare” jest jak dla mnie zdecydowanie lepsza od poprzedniej, choć o dojrzałości w przypadku „małp” trudno mówić. Ale każda małpa na swój rozum i najzabawniejsze jest to, że słuchając tego krążka zaczynam mówić małpim językiem. Przy „Teddy Picker” nogi same chodzą, a ręce składają się do oklasków. I tak do końca płyty. 12 utworów bez słabych momentów. Płyta przemyślana, zwarta, z której emanuje niesamowita energia i radość grania. Co rusz, to potencjalny hit, który jak dla nas, może stać się idealnym antidotum na wszechogarniającą nas IV RP. Tym, którzy mają dystans do siebie proponuję płytę kupić – po prostu, a nieco starszym polecam słuchanie „Favourite Worst Nightmare” Arctic Monkeys, w czasie wypełniania oświadczeń lustracyjnych. Na pewno będzie łatwiej...

RUSH – „Snake & Arrowrs”

    Niewiele jest takich grup, które same dla siebie stanowią potężne muzyczne wyzwanie. Ostatnio bywało różnie, więc pewnie ta kilkuletnia przerwa była słuszna. W 1993 roku płyta „Counterparts” znalazła się na historycznym 2 miejscu zestawienia Bilboard i teraz po latach, miło by było ten sukces powtórzyć. Dojrzali muzycznie panowie [to już 24 płyta] postanowili wrócić do korzeni gitarowych brzmień. Jak zapowiadali, tak zrobili. Klawiatury poszły w odstawkę, a w ich miejsce słychać mellotron, mandole i mandoliny, a nawet buzuki. Takiego Rush nie słyszeliśmy już dawno. Na nowej płycie próżno szukać klimatów rodem z „Signals”, czy „Power Windows”. Natomiast jeśli ktoś w pamięci ma „2112”, czy „Fly By Night”, to teraz ma przed sobą pełen popis możliwości instrumentalnych od Panów profesorów od progresywnego rocka. O realizacji nawet nie wspominam, bo wystarczy tylko kilka pierwszych akordów „Far Cry” aby na twarzy zagościła prawdziwa radość. Co rusz przeplatają się akustyczne gitary z mniej lub bardziej przesterowanymi. Niedościgniony pan Alex wytchnąć nam nie daje. Nowy/stary Rush, to 13 tradycyjnie nieprzewidywalnych nagrań, od których nas dawano temu Geddy Lee i koledzy przyzwyczaili. Na uwagę zasługuje także instrumentalny „The Main Money Buisness”, w którym mam wrażenie jakby zespół „jechał na zaciągniętym ręcznym hamulcu”, lecz już po chwili przekonuję się także i do tego – cały Rush. Co innego przy „Malignant narcissism” [także instrumentalnym. Wydawnicza przerwa przyniosła oczekiwane efekty. Zespół tryska formą, na jaką pewnie wielu czekało, mamy kompozycje, za którymi wielu tęskniło i bardziej zdecydowane brzmienie, dla którego wielu przed laty Rush pokochało... Osobiście nie mogę doczekać się europejskiej trasy koncertowej promującej płytę „Snake & Arrowrs”, bo już domyślam się jaka będzie euforia... Reasumując - nowy Rush, to lekcja obowiązkowa i basta!