Strona główna
Shalom...
Recenzje płyt
Warto znać
Warto mieć
Warto posłuchać
Inspiracje
Zdjęcia
   
 


GOOD CHARLOTTE – “Good Morning Revival”

   Po słynnym już ogranym na wszystkie strony przeboju “I Just Wanna Live”, apetyty na nową płytę czwórki zza wielkiej wody rosły z każdym dniem. Teraz, śmiało możemy sobie powiedzieć, warto było czekać. To nie przypadek, że postpunkowe „młodzieniaszki” wnoszą do muzyki sporo zawirowania i szaleństwa [o braku przewidywalności nie wspomnę]. „Good Morcing Revival” to płyta, które można słuchać zza partym tchem, a jednocześnie śmiało może towarzyszyć w tle, jako akompaniament. Wydaje się to raczej niemożliwe, a jednak. Nie ma w tej muzyce nic, co nosiłoby znamiona dźwiękowego natręctwa. Ciekawy stylistyczny misz-masz, ze zbuntowanymi gitarami w tle. Już sam utwór promujący „Keep Your Hand Off My Girl” daje do myślenia. Kompletnie inny od tego, do czego nas kwartet przyzwyczaił na poprzednich krążkach. To miłe, że nawet takie kapele, mocno zakorzenione w starym The Cure czy Ramones, potrafią wzbogacać swoją muzykę o nowoczesne trendy, nie gubiąc przy tym postpunkowego przekazu. W sumie mamy 13 kompozycji [razem z „Good Morcing Revival - Intro”], które stanowią swojego rodzaju muzyczną talię kart God Charlotte. Nie ma między mini jakiś przemyślanych powiązań, w których kolejność odgrywałaby ważną rolę. Jednak kilku piosenek zasługujących na miano przeboju można się doszukać - „Misery”, „A Beautiful Place” czy „Where Gould We Be?”. Podejrzewam, że każdy z tej „talii” wybierze swojego Jokera.         

JOE COCKER - "Hymn For My Soul"

    Parafrazując już tytuł samej płyty, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że krąży nad nią duch „With A Little Help From My Friends” Lennona i McCartneya – któż tego nie pamięta. Tak jak w przypadku Beatlesów mięliśmy tandem kompozytorski, tak teraz mamy do czynienia z połączeniem sił interpretacyjnych i produkcyjnych. Doczekaliśmy się bowiem kolejnej muzycznej odsłony repertuaru artysty, który mimo upływającego czasu jest wciąż jednym z najbardziej rozpoznawalnych, a jego interpretacje stanowią niedościgniony wzór dla kolejnych pokoleń. Na szczególną uwagę jednak, zasługuje fakt pojawienia się na krążku w roli producenta Ethana Johnsa, współpracującego wcześniej m.in. z Ryanem Adamsem,  Rufusem Wainwrightem, Emmylou Harrisem, czy nawet Razorlight i Kings of Leon. Jak się okazało, połączenie takich osobowości przy pracy nad krążkiem „Hymn For My Soul” wypadło znakomicie, a panowie się nawet ze sobą zaprzyjaźnili. Przy okazji Ethan Johns poznał legendę, o której tak wiele wspominał mu jego ojciec Glyn Johns [także uznany producent m.in. płyt The Eagles, The Rolling Stones, The Who oraz inżynier dźwięku na słynnym już albumie Cockera „Mad Dogs And Englishmen”. Mamy zatem imponujący zestaw piosenek, w których wokal został wysunięty na pierwszy plan [co w przypadku Cockera wydaje się być bardzo słuszne] i wszystkie instrumenty zagrane i nagrane na żywo, co obecnie nie zawsze staje się standardem pracy w studiach nagraniowych. Płyta bez wątpienia cieszy, bo słychać na niej prawdziwą miłość do muzyki i muzykowania.

AVRIL LAVIGNE - "The Bast Damn Thing"

   Po ukazaniu się płyty "Under My Skin", Avril kazała czekać na swój nowy materiał 3 lata. Zresztą skoro poprzedni krążek stał się multiplatynowym wydawnictwem, pewnie miała do tego prawo. Czekać było warto, bo świeżych i energicznych punk-rockowych riff’ów nam zawsze mało. Jeśli do tego dołożymy przemyślane linie melodyczne z bardzo przebojowymi refrenami, to ręce się same składają do oklasków. Różnicę na płycie słychać wyraźnie. Avril Lavigne, to już dojrzała artystka, która wie czego chce i zamierzony cel osiąga w imponujący sposób. Nie bardzo wiem jakie utwory miałbym wysunąć na pierwszy plan, bowiem potencjalnych przebojów jest tutaj wiele : „Girlfriend”, tytułowy „The Best Damn Thing” czy „I Can Do Better” od razu zapadają w pamięć i siedzą w niej nad wyraz długo... Lecz nie tylko siła płyty tkwi w „mocniejszym” uderzeniu.    Swoją dojrzałość Avril ukazuje nam przede wszystkim w mądrze poprowadzonych balladach :„Innocence”, „When You're Gone”, a także “Keep Holding On”. Co ciekawe, artystka miała do pomocy w studio kilu swoich kolegów z branży. Ocenianiem, nadzorowaniem i także produkowaniem nowego krążka zajęli się Rob Cavallo [Green Day, My Chemical Romance], Butch Walker, Dr. Luke, no i oczywiście mąż Avril Lavigne, Deryck Whibley z grupy Sum 41. W takim zestawie błędów się raczej nie popełnia.   

TRAVIS - "The Boy With No Name"

   Zawsze ceniłem ich za tworzenie pięknych i emocjonalnych piosenek, które z miejsca stawały się klasykami gatunku. Teraz, po trzech latach milczenia, muzycy przekonali mnie, że wciąż są w doskonałej formie. Entuzjazm zawarty na nowym krążku z pewnością jest zasługą potomka Frana Healy’a. Warto dodać, że ma „on” odzwierciedlenie w tytule albumu. Fran Healy i jego żona Nora nie mogli zdecydować się jak nazwać syna. Przez wiele tygodni był po prostu Bezimiennym Chłopcem ("The Boy With No Name"). Obecnie - Clay. W samej dźwiękowej zawartości płyty mam to, na co czekałem. Zachwycające melodie, fantastyczne wręcz refreny i klimat, do którego Travis przyzwyczaił mnie przez lata. Po takich hitach jak „Side”, czy „Sing” mogłem już od artystów więcej wymagać. Jednak wraz z pojawieniem się nowej płyty, dostałem tylko potwierdzenie muzycznej klasy Travisa. Paleta muzycznych barw wręcz imponującą. Od rockowego grania, po słodkie popowe piosenki. Jednakże daleko im do wszechogarniającej nas tandety. To doprawdy bardzo przemyślane kompozycje, ze złożoną harmonią i mądrym następstwem akordów. Na uwagę zasługuje „Big Chair” z bardziej uwydatnioną linią basu, a także „My Eses” będący penie pieśnią Frana dla syna. Zresztą nie wątpię, że po przesłuchaniu płyty "The Boy With No Name", każdy będzie miał swoich muzycznych faworytów. Ale to jest właśnie Travis – na bazie POZORNIE tych samych akordów tworzą dzieła, które ewidentnie odróżniają się całej reszty. To wielka umiejętność i zarazem uczta dla uszu. Polecam...    

KEITH URBAN - "Love, Pain & the Whole Crazy Thing"

   Jak by ktoś nie wiedział, Keith Urban to naprawdę niezła partia - była. Obecnie mąż Nicole Kidman , nie dość, że całkiem przystojny, to nawet umie śpiewać. Choć miał słabe „uzależniające” momenty, to pobyt w klinice chyba mu dobrze zrobił. Chłopak był stosunkowo mało znany poza Stanami Zjednoczonymi i Australią, dopóki nie poślubił hollywoodzkiej gwiazdy. Nic dziwnego, że czuje się pokrzywdzony przez media, które koncentrują się jedynie na jego związku z Nicole Kidman zamiast na muzyce, którą tworzy. Z drugiej strony zaś, to, że nikt o nim nie słyszał, to jego zasługa. Muzyka bardzo przewidywalna. Popowa mieszanka quasi rock’n’roll’a z cukierkowatymi pioseneczkami o niczym. Oczywiście bardzo dobrze zagrana, poprawnie zaśpiewana i zaaranżowana, ale nie ma w niej nic, co by warto było pamiętać po przesłuchaniu całej płyty. Kilkanaście ładnie wygładzonych kompozycji w których przewija się „nutka” Nashville, lekko doprawiona młodzieńczym buntem, rodem z Orange Couty. Wszystko fajnie, tylko już to znamy dzięki Ronanowi Keatingowi, Shani Twain, czy nawet rodzeństwu Corr. Nie wątpię, że może i u nas znajdzie się „kilka” zakochanych nastolatek z dobrych domów, które wraz z nim będą nucić „Sine”, „Fasted Car”, czy „Stupid Boy”. Tyle, że jak wyjdzie na jaw, że to mąż Nicole Kidman, to i tak oczy się zwrócą bardziej na nią, niż na niego... Reasumując - do Chrisa Martina jeszcze mu daleko...

BULLET FOR MY VALENTINE – "Scream Aim Fire"

     Po premierowym krążku ‘The Poison’, grupa ostatnie lata spędziła w trasach koncertowych supportując takie tuzy rocka jak Iron Maiden, Guns’n’Roses, czy Metallicę. Po zapoznaniu się z krążkiem ‘Scream Aim Fire’ nie ukrywam, że ta ostania kapela musiała na nich zrobić kolosalne wrażenie, bowiem nowa płyta zagrana jest z ewidentnym ‘metalicznym’ zachwytem. Momentami nawet można odnieść wrażenie, jakby Kirk Hammettt i koledzy mieli na nią wpływ. Jedno jest pewne. Jeśli na krążku Bullet For My Valentine głosu użyczyłby James Hatfield, z powodzeniem wielu mogłoby uznać ten krążek, jako kolejny w dorobku formacji z ‘miasta aniołów’. Grunt, to odpowiednie wzorce. Płyta na pewno może się podobać zwolennikom mocnego grania. Jest o wiele szybsza i bardziej agresywna od ‘The Poison’, ale co ważne, na równie wysokim poziomie melodyjności. A to cieszy. Z pewnością nie należy przejść obok niej obojętnie, bowiem wkład i zaangażowanie jakiego dokonano w nagraniach zasługuje na to, aby wyrobić sobie o tym krążku własna opinię.  

SEETHER – "Finding Beauty in Negative"

     Trzecia studyjna płyta amerykańskiej grupy rockowej, znanej z przeboju Broken w duecie z Amy Lee (Evanescence). To kolejna płyta, na której słychac ewidentne czerpanie z twórczości Deftones, Korn, Creed, Korn, czy nawet Staind. Jeśli to potraktować jako błąd można mieć wątpliwości. Jeśli jednak zagłębić się w same dźwięki nie zwracając uwagi na to, co już było [bo wszystko już było], to całkiem przyzwoita płyta, która ma szansę na szersze zaistnienie. Miło by było, bo album ‘Finding Beauty In Negative Spaces’ to kawał dobrej muzycznej roboty, w którą zaangażowany był także Howard Benson, odpowiedzialny za brzmienie takich kalpel jak Daughtry, My Chemical Romance, czy Hoobastank. To już powoduje, że na krążku znajduje się kilka potencjalnych hitów, lecz sugerował nic nie będę, znając nieprzewidywalność gustów w zależności od pory roku. Wierzę jednak, że nowa płyta Seether stanie się gratką dla tych, którzy preferują czyste, ostre i rytmiczne granie, połączone z ładnymi, przemyślanymi melodiami. A do takich też się zaliczam.