TOMASZ KASPRZYK
Kasprol
Strona domowa
Felietony
Recenzje
Radio - od A do Zet
Foto
CD i DVD
Koncerty
Kasprolius
Wywiady
Kontakt
3 Doors Down
Brian Johnson
Carlos Santana
Cypress Hill
Dave Gahan
Glenn Hughes
Iron Maiden
Lemmy Kilmister
Ozzy Osbourne
Queen
Paul Gilbert
Ray Wilson
Robert Trujillo
Taria Turunen
TAPFS
Robert Trujillo

Biorąc pod uwagę najnowszą i poprzednią płytę zespołu jest pewna zasadnicza różnica jeśli chodzi o Ciebie czy możesz wyjaśnić to tym, którzy nie zdają sobie z tego sprawy?!

Oczywiście St. Anger zostało napisane i nagrane kiedy jeszcze nie byłem w Metallice, gdy oficjalnie mi to zaproponowano album był w ostatniej fazie nagrań oraz miksu. Dlatego nie grałem na St. Anger i nie miałem nic wspólnego z jego pisaniem. W przypadku najnowszej płyty około roku zajęła nam współpraca przy tworzeniu piosenek. Mam na niej swój wkład, co jest dla mnie bardzo ekscytujące, jak i dla zespołu w ogóle.

Mogę oficjalnie powiedzieć, że odcisnąłem swoje piętno na Metallice, co jest miłe. Biorąc pod uwagę czas naszego wspólnego grania, czyli jakieś pięć lat, ma dla mnie ogromne znaczenie fakt, iż jestem w stanie dać światu coś w ramach tego niesamowitego zespołu, którego jestem częścią. Brzmienie najnowszego albumu jest zupełnie różne od St. Anger. Mocną jego stroną są słowa, melodia i aranżacje, ponieważ poświęciliśmy im mnóstwo czasu. Udało nam się uchwycić smak przeszłości jak również zaznaczyć osobowość. Jest swego rodzaju oświadczeniem. Jako zespół jesteśmy nim bardzo pozytywnie podekscytowani. I bardzo różni się od St. Anger, tak..!

Pamiętasz jak wyglądała praca nad Death Magnetic?

Aby to opisać musimy się cofnąć jakieś cztery lata kiedy zaczynaliśmy wspólną trasę. Mieliśmy salę prób w której graliśmy około dwudziestu minut, czasem dłużej, posiadaliśmy przenośny zestaw nagraniowy i nie ma takiego pomysłu, który by nam umknął, bo wszystko jest nagrane. Po jakichś dwóch latach koncertowania mieliśmy wszystkie riffy oraz pomysły na piosenki w jednym miejscu. Przesłuchaliśmy więc, robiąc notatki sześćdziesiąt godzin pomysłów. Co zajęło nam miesiąc, albo więcej. Spotykaliśmy się i wymienialiśmy poglądy co jest dobre, a nad czym powinniśmy popracować. Spotykaliśmy się później w naszym studiu w San Francisco dopracowywaliśmy pomysły, znów jammowaliśmy, pojawiały się nowe pomysły. Dlatego dobry rok zajęło nam dopasowywanie pomysłów i tworzenie muzyki. Dużo więc czasu spędziłem z Larsem i Jamesem, Kirk spodziewał się wtedy dziecka i mnóstwo czasu spędzał na Hawajach. Ale nie przeszkodziło mu to w stworzeniu kilku doskonałych pomysłów i riffów. Współpraca układała się świetnie.

Było to cudowne doświadczenie z punktu widzenia basisty móc przyglądać się pracy Larsa i Jamesa nad pomysłami, składaniem piosenek, ich aranżowaniem. Bo wydaje mi się, że w przeszłości żaden z basistów nie był nawet w tym samym pomieszczeniu. Przedtem oni sami wszystko opracowywali i pokazywali im po sześciu miesiącach co mają zagrać. Czyli naprawdę było fajne, że dopuścili mnie do tego procesu, abym wspomagał ich niskimi tonami. Ale muszę przyznać, że są mistrzami w tym co robią, jeśli chodzi o metal. Próbowali zrobić z utworem wszystko zanim mówili ok. piosenka jest gotowa. Przypominało to trochę budowanie domu, bardzo wyjątkowego, pochylania się nad każdym szczegółem. I w tym kryje się haczyk. Bo wiesz brałem udział w wielu nagraniach, z Ozzym Osbournem, facetami takimi jak Jerry Cantrel, oczywiście Suicidal Tendencies czy Infectious Grooves i fascynujące było jakby znalezienie się po drugiej stronie płotu oraz bycie świadkiem magii jaką oni tworzą. Oczywiście uczestniczyłem w tym, ale nie jestem głupi i robiłem to wtedy kiedy byłem potrzebny. Widziałem przecież czasem, że świetnie im idzie po co więc miałbym się wtrącać. I to też było niesamowite. Muszę przyznać, że ten album stanowi nowy początek dla tego zespołu.

Jak Ci się współpracuje z Jamesem?

To, że James zebrał się do kupy jest dla mnie błogosławieństwem, bo gdybym był w Metallice powiedzmy dziesięć lat temu to mogłoby być ciężko. Bo mają trudne charaktery. Nie wiem jak to wyglądało z Jasonem, ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że było mu ciężko. Może on też nie był łatwy, ale mieliśmy do czynienia z szowinistyczną odmianą ego, którą nie tylko można spotkać w Metallice, ale w każdym metalowym zespole. Czasem czujesz się jakbyś chodził po skorupkach jajek lub cienkim lodzie. Przez te lata miałem do czynienia z sytuacjami, które tyczyły bezpośrednio osobowości, nie mów tego bo mogą się wściec i tak dalej. Lecz obecnie Metallica jest dużo zdrowszym środowiskiem, możesz mówić wszystko na co przyjdzie ci ochota. Teraz dzielenie się z nimi problemami jest dla nich bardzo istotne. Są teraz bardziej podatni na sugestie.

Kiedy trafiłem do zespołu zaproponowałem, abyśmy zagrali na koncercie Dyers Eve, bo publiczność nigdy wcześniej nie słyszała tego w takiej wersji. Zgodzili się bez problemu. Dziesięć lat temu pewnie by mnie wyśmiali i pomyśleli, że jestem głupi, czy coś. Obecnie jeśli masz jakiś problem na pełnym luzie możesz rozmawiać o tym z Jamesem, który na drodze wspólnego porozumienia postara się go rozwiązać. To samo tyczy się Larsa, a generalnie oni dwaj najczęściej skaczą sobie do oczu. Obecnie atmosfera jest naprawdę zdrowa. James jest bardzo zadowolony z płyty oraz koncertów które ostatnio zagraliśmy w stanach, bo zwyczajnie dobrze się bawiliśmy. Jest w doskonałej formie i jasno widzi naszą przyszłość.

Jak wspominasz Infectious Grooves?!

Infectious Grooves to była bardzo zabawna, eksperymentalna kreacja, którą wraz z Mike’iem powołałem do życia w 1989 czy 1990 roku. Skleciliśmy ją wspólnie i zaczęliśmy koncertować jakoś w 91 roku, wkrótce po wydaniu pierwszej płyty. A wydaliśmy w sumie trzy albumy. Wiem, że wciąż istnieją i obecnie koncertują, już beze mnie, ale Mike ma ogromny potencjał, słyszałem, że ma świetny skład i że radzą sobie doskonale. On zawsze miał zdolność w wyszukiwaniu doskonałych muzyków. I chętnie zobaczyłbym ich na żywo by poddać się magii. Co mogę powiedzieć prócz tego, że to były wspaniałe czasy, bez określonych zasad, podczas których udało nam się wypracować muzyczną formułę łączącą w sobie metalową energię Slayera połączoną z fankującym nastrojem The Parlament czy Jamesa Browna. Wpadającą czasem w ska. To była mieszanina stylów.

Naprawdę nie wiedzieliśmy co z tego wyjdzie, nawet do czasu podpisania kontraktu. Nie mieliśmy pieniędzy by nagrać płytę, ale udało nam się znaleźć doskonałego producenta i zaangażować w to świetnych muzyków, choćby samego Ozziego w jednym z utworów. To były magiczne czasy. Nawet nasze teledyski powstawały bez pieniędzy za sprawą studentów filmówki lub zdjęć które sami kręciliśmy w górach. Jakimś cudem były pokazywane w telewizji. Odnieśliśmy sukces pozostając niezależni artystycznie.