TOMASZ KASPRZYK
Kasprol
Strona domowa
Felietony
Recenzje
Radio - od A do Zet
Foto
CD i DVD
Koncerty
Kasprolius
Wywiady
Kontakt
3 Doors Down
Brian Johnson
Carlos Santana
Cypress Hill
Dave Gahan
Glenn Hughes
Iron Maiden
Lemmy Kilmister
Ozzy Osbourne
Queen
Paul Gilbert
Ray Wilson
Robert Trujillo
Taria Turunen
TAPFS
Queen

BRIAN MAY / ROGER TAYLOR

Dużo się dzieje w zespole Queen obecnie… Powstała wystawa poświęcona początkom zespołu oraz pierwszym pięciu albumom… Płyty zostały wydane ponownie. Mamy także Waszą 40 rocznica. Brian, czy mógłbyś powiedzieć czego tak naprawdę jest to rocznica?

Brian May: Wydaję mi się, że najpopularniejszy pogląd to ten, mówiący, że kiedy John do nas dołączył, zespół był kompletny. Jest to więc, rocznica tego wydarzenia, która przypada na Marzec. Staliśmy się kompletnym zespołem Queen kiedy dołączył do nas John

Jeżeli chodzi o Waszą wystawę. Gdy patrzycie na te wszystkie wasze zdjęcia, jakie emocje w Was się budzą? Czy tak pamiętacie to wszystko?

Roger Taylor:  Tak naprawdę to mieszanina uczuć. Nie oczekiwaliśmy takiego spojrzenia w przeszłość. Wiesz,  patrzymy na nasze stare zdjęcia po 40 latach, byliśmy bardzo młodzi i bardzo biedni. Widzimy siebie jako dzieciaki, którymi wtedy byliśmy, i nagle przypomnieliśmy sobie jak żyliśmy w tamtych czasach i to było bolesne. Muszę przyznać, że czuję  wielką radość z tego co osiągnęliśmy w tamtych latach ale jest to dla nas ciężkie patrzeć na przeszłość z takimi detalami.

Jakim zespołem byliście, kiedy zaczynaliście karierę w 1971 roku? Mieliście jakieś muzyczne wizję?

B.M.:  To była wizja w naszych głowach. Wtedy określilibyśmy naszą muzykę jako bardzo ciężką pod spodem ale również bardzo melodyjną i harmoniczną na wierzchu, a nie był to żaden schemat. Mieliśmy swoich idoli jak Jimi Hendrix. Led Zeppelin, które było prawie naszym rówieśnikiem, też zaliczamy do swoich idoli. Udało im się zrobić to co my chcieliśmy, chociaż oni nie mieli tej drugiej strony. Bardzo lubiliśmy też muzykę Yes, która posiadała coś co próbowaliśmy osiągnąć. Mieli bardzo kompleksowe elementy harmoniczne, którymi się inspirowaliśmy. Oprócz tego nasze inspirację sięgały dużo dalej. Słuchaliśmy też muzyki tworzonej przez George’a Formby’ego, Big Bandy, the Tempra i Seven. Posiadaliśmy dużo dziwnych elektrycznych wpływów… Wydaję mi się, że byliśmy jak gąbka i obserwowaliśmy tą całą wspaniałą muzykę, która nas otaczała, właśnie w tym momencie kiedy powstawał zespół. To nie mogło by się wydarzyć teraz, ale kiedy dorastaliśmy z tymi wszystkimi dźwiękami w naszych głowach, wiedzieliśmy czego chcemy. Na szczęście Freddie, Roger i ja mieliśmy podobne wizję i kiedy się spotkaliśmy, było to dla nas łatwe i wiedzieliśmy jakie decyzje powinniśmy podjąć.

Jaki był Freddie, czy zawsze był takim pewnym siebie showmanem jakim go zapamiętaliśmy?

B.M:  Freddie zawsze był gwiazdą rocka, naprawdę nią był, to zabawne. Był bardzo nieśmiałym chłopakiem, naprawdę nieśmiałym, powiedział bym nawet, że niepewnym siebie. Był wychowany w bardzo rygorystycznej szkole publicznej. Był tam stłumiony w pewnym sensie i jego reakcja była taka, żeby stać się kimś zupełnie innym, kimś kompletnie szokującym. Chciał budować taką postać, która w końcu zamieszkała w nim na stałe i osiągnęła szczyt kiedy zmienił swoje imię na Freddie Merkury zamiast Bulsara. Taki był… Uważam, że Freddie był człowiekiem,  którego sam stworzył. Miał wizję, miał swoje marzenia i tak tworzył wszystko w swoim życiu, by jego marzenia się spełniły, a my byliśmy częścią tej przemiany.

Wracając do Waszych wczesnych lat. Czy spodziewaliście się, że Queen wywrze tak wielki wpływ na popularną muzykę? I będzie istniał nadal po 40 latach? 

B.M: Nie, ciągle mi się wydaje, że to sen, czasem tak myślę... Wiesz jest taka teoria, która mówi, że istnieje tylko ‘ja’ a reszta jest snem. Nadal mam to uczucie od czasu do czasu, ponieważ wszystko jest takie wspaniałe dla nas, chciałem powiedzieć, że mieliśmy szczęście, ale to nie zwykłe, że mieliśmy tak wielkie marzenia. Razem z naszą podświadomością, wiarą  oraz po części, agresywnością i chęcią osiągnięcia swoich marzeń, w tym co zrobiliśmy jest cząstka nas. Bez tego nie osiągnęlibyśmy tego, co chcieliśmy. Często rano budzę się i zastanawiam się jak do tego doszło. Kiedy staliśmy się takim światowym fenomenem? To wspaniałe i czuję się bardzo wdzięczny. Ciągle mam problem żeby to uporządkować, może po prostu jestem szczęściarzem.

Waszych pięć pierwszych albumów, Queen, Queen 2, Sheer Heart Attack, A Night At the Opera i A Day At the Races, są właśnie wydawane ponownie w zremasterowanej wersji. Są także utwory bonusowe. Porozmawiajmy o waszym pierwszym wydawnictwie, Queen, które zostało nagrane w studio Trident, głównie wieczorami.  

R.T.: Masz rację, nagrywaliśmy wieczorami, kiedy nie było ludzi takich jak David Bowie. Zostaliśmy tam zapisani przez naszych menadżerów, to było wtedy bardzo modne studio.

B.M.: Właściciele studia byli naszymi menadżerami. Nie chcieli wydawać ani tracić żadnych pieniędzy, więc jeśli ktoś taki jak David Bowie był tam i kończył nagrania o 3 w nocy,  to dopiero wtedy dostawaliśmy telefon i jechaliśmy nagrywać album.

R.T.: Jechaliśmy tam i nagrywaliśmy od 2 do 6 nad ranem...

B.M.: Tak powstawał album. Mimo, że otaczała nas wspaniała technologia, to nie mieliśmy swobody by jej użyć. Byliśmy postrzegani jako młody zespół, który nic nie wie i nikt nie chciał słuchać naszych pomysłów.

R.T.: Byliśmy naprowadzani na bardzo modny dźwięk bebnów, który nam nie odpowiadał

B.M:  Technicy obklejali całą perkusję taśmą i wszędzie kładli poduszki i sprzęt pochłaniający dźwięk, przez to perkusja brzmiała jakoś tak ‘pff’, ‘tich’, ‘tich’.

R.T.: Sławny dźwięk bębnów ze studia Trident. Wyobraźcie sobie duży pokój gdzie stała cała obklejona perkusja i wszystko było takie martwe. Takie było modne brzmienie. Bowie tego używał. Albumowi tego brakuję ale i tak ma dużo dobrych brzmień.

Roger - w utworach bonusowych jest trochę inne brzmienie niż na płycie. Jaka jest ich historia? Czemu one zostały nagrane?

R.T.: To utwory demo, które nagraliśmy kiedy nie mieliśmy żadnego kontraktu.  Wysyłaliśmy je do każdej wytwórni płytowej i błagaliśmy o kontrakt.

B.M.: Weszliśmy do studio nie mając żadnych kontaktów, byliśmy młodzi i biedni. Mieliśmy marzenia, których nikt z nami nie podzielał. Mieliśmy szczęściem ze ktokolwiek chciał nas, byśmy robili hałas w studiach, które dopiero powstawały. De Lane Lea w Wembley, poszliśmy tam i zrobiliśmy hałas, w zamian pozwolili nagrać nam pięć utworów. Wiedzieliśmy czego chcemy więc weszliśmy tam z dźwiękowcem, Louisem Austinem, i nagraliśmy nasze demo, które brzmiało tak jak chcieliśmy. Spędziliśmy tam dwa lub trzy dni, i była to taka rozgrzewka. Zaczęliśmy coś co mieliśmy w naszych głowach.

R.T.: Praca Braina była naprawdę świetna. Używał nowej technologii i usunął wszystkie zakłócenia i brzmiało to rewelacyjnie. Lepiej niż nasz pierwszy album.

Ciekaw jestem, jaki był Freddie kiedy nagrywaliście. Czy był takim pewnym siebie artystą jakim go pamiętamy czy był zupełnie inny, bardziej zdyscyplinowany?

B.M.: Był niesamowicie zdyscyplinowany. Był takim artystą, kiedy go poznaliśmy, biegał krzyczał i był szokującą osobowością. Interesujące jest to, że gdy siedzieliśmy w studio, pamiętam to dobrze, Freddie siedział spokojnie i słuchał swoich nagrań. Był bardzo krytyczny i niezadowolony z tego jak brzmiał.  Pracował dniami i nocami by ukierunkować swój głos, kontrolował go by brzmiał tak jak on tego chce.

Roger, czy mógłbyś zdradzić nam jak wyglądał proces nagrywania zespołu Queen? Czy cała wasza czwórka pojawiała się w studio z końcowymi aranżacjami utworów, gotowymi do nagrań?

R.T.:  Nie, one nigdy nie były całkowicie skończone. Zawsze musieliśmy nad nimi trochę popracować przed nagraniami. Ludzie mówili swoje pomysły, ale my i tak zawsze mieliśmy generalny koncept jak utwór miał brzmieć.

Mając Freddiego jako frontmana, zawsze planowaliście być tak spektakularnym prawie teatralnym zespołem koncertowym? 

R.T.:  Chcieliśmy być inni i chcieliśmy być teatralni, ponieważ w tamtych czasach było łatwo zapomnieć o zespole, który niczym się nie wyróżniał. Grupy wychodziły na scenę i stały w miejscu, no może czasem potrząsali głowami. Zdecydowaliśmy, że chcemy stworzyć show a Freddie był w tym naprawdę dobry. Nikt inny tego nie robił, no może poza Bowiem, ale on robił to w trochę inny sposób.

Kiedy wasz pierwszy album ukazał się na rynku, czy ludzie go zrozumieli? Czy Wy zrozumieliście Queen?

R.T.: Mieliśmy to w naszych głowach, wiedzieliśmy co chcemy osiągnąć i gdzie chcemy zajść, niestety dużo osób tego nie zrozumiało. Myśleli, że gramy glam rock. Byliśmy ciężcy do skategoryzowania. Wiesz było dużo zespołów glam i art rockowych, my byliśmy gdzieś pomiędzy hard rockiem i miksowaliśmy różne gatunki, to była bardzo dziwna bestia.  

Zawsze odnosiłem wrażenie, że w Waszych wczesnych latach prasa nie wiedziała czym był Queen. 

B.M.: Wydaję mi się, że specjalnie unikaliśmy prasy. Nie obraliśmy zwykłej drogi do kariery, więc może czuli się zazdrośni, bo chcieli pomóc budować zespół a my nie mieliśmy dla nich czasu a potem oni nie mieli go dla nas.

R.T.: Ciężko było nas zaszufladkować. Mieliśmy trochę tego, trochę tamtego, a nasze wsytępy zawierały dużo elementów teatralnych, naprawę ucieraliśmy nosy krytykom dosyć często. Mieliśmy za to naprawdę świetną publikę, lubili nas a my się z tym dobrze czuliśmy Dobrze jest być niemodnym, bo gdy jesteś modny nie utrzymasz się długo. Nam się udało być niemodnymi od 40 lat!

B.M.: Czasami myślę, że rockowy biznes polega na wytrwałości ponieważ często coś robisz i ludzie mówią, CO? CO TO JEST? Potem zrobisz to jeszcze raz i nagle stwierdzają, „ej, to nie jest takie złe!”, jeszcze następnym razem powiedzą „aaa oni to robią na poważnie i wiecie co? Lubię to!”. Skupiliśmy się, by wierzyć w to co wierzyliśmy od zawsze. I tak powoli powstawała wielka kula śnieżna.

Siedząc tu i rozmawiając z Wami, muszę się spytać. Czemu John Deacon nie zaangażował się w projekty Queen? 

R.T.:  John żyje teraz bardzo spokojnie, tak zdecydował, Jest bardzo nerwowy i delikatny i nie ma ochoty, by mieć do czynienia z dużo liczbą osób. Wiem, że odkrył stres związany z tym zawodem, w szczególności kiedy zmarł Freddie. To było dla niego za dużo. Woli żyć spokojnie, ale ciągle jest naszym partnerem, ciągle dostaje od nas pieniądze. Nie widzimy go jednak zbyt często. Jest cichy i tak po prostu już jest.

Ktoś przybywa z innej planety... Nie słyszał o Was. Jak mu wytłumaczycie czym jest Queen? 

B.M.: Sam nie mogę sobie tego wytłumaczyć. Jesteśmy teraz zaangażowani w remasterowanie i ratowanie tych wszystkich starych taśm. To fascynujące, a nowe wydania płyt brzmią fantastycznie. Będą czystsze i bardziej perfekcyjne niż kiedykolwiek. To sprawia, że jestem szczęśliwy. Nie mogę tego nawet pojąć jak to zrobiliśmy. To jest tak wyszlifowane i złożone. Podziwiam to, byliśmy tylko dzieciakami, ale udało nam się uzyskać to zwykłą silą woli. To mnie zdumiewa, jestem dumny z tego co razem osiągnęliśmy.

Czy jesteście dumni z tego, że tak wiele zespołów wymienia Was, jako swoją inspirację?

R.T.: Oczywiście. My też mamy swoich idoli, każdy ma jakiś idoli. Każdy jak dorastał był podekscytowany kimś. Kimś kto potem zostaję Twoją inspiracją..

B.M.: Jestem dumny i szczęśliwy. Bardzo dużo to dla mnie znaczy, myślę, że więcej niż wszystko inne. Jeśli młodzi ludzie, którzy w pewnym sensie są naszymi kolegami po fachu, nowymi kolegami, mówią o nas i przywołują fakt, że inspirowaliśmy ich w młodości, to jest to dla mnie wspaniale uczucie. Miło jest mieć akceptację tego co robimy i jak zapisujemy się w historii.

Pod koniec muszę zapytać. Co dla Was znaczy bycie członkiem grupy Queen? 

B.M.: Jestem dumny z tego co zrobiliśmy i z tego czym się staliśmy, cokolwiek to jest. Nie wiem nawet co to jest.

R.T.: To jest to czym się zajmuję, to główna rzecz w moim życiu i wszystko inne krąży wokół tego.

B.M.: To sen, który się spełnił...