TOMASZ KASPRZYK
Kasprol
Strona domowa
Felietony
Recenzje
Radio - od A do Zet
Foto
CD i DVD
Koncerty
Kasprolius
Wywiady
Kontakt
Dub Step
Dylematy muzykanta
Grać, czy brzmieć...
Inspiracje tfu-rcze
Komponowanie
Koncertowy chaos
Muzyka w muzyce
Noworoczna myśl
Radość muzykowania
Shalom
Targowisko
Koncertowy chaos

   Odwiedziłem ostatnio kila koncertowych miejsc i widziałem kilka ‘młodych’ kapel na scenie. Wciąż jednak mam wrażenie po takim tournee, że już to gdzieś słyszałem… 

O co chodzi. Otórz - wchodzi kapela nascene. Zaczynają grać i z każdą kolejną chwilą z głownych głośników rolega się coraz większy chaos. Widz całym sercem zaangażowany w koncert pewnie nie zwraca aż tak bardzo na to uwagi, co ten, który stojąc na końcu sali zastanawia się dlaczego niewiele słychać, a z głośników wydowyba się niewiadomo co…?!

   Oczywiście pierwsze spojrzenie ląduje na barkach realizora, który widać, że wciąż coś nerwowo gałami kręci zamiast siedzieć spokojnie i słuchać [reagując tylko w newralgicznych miejscach utworów]. Jednak tak nie jest. Wciąż od muzykantów słyszę, że najlepiej mieć swojego realizatora, bo wtedy jest pewność brzmienia całości. Otóż, nie zawsze tak jest. Owszem, ‘własny’ realizator jest barierą bezpieczeństwa przed dźwiękowymi wpadkami w trakcie koncertu, ale nidgy nie jest ostoją i pewnością brzmienia. Na to składa się wiele czynników. Poza tym, warto zdać sobie sprawę z tego, że zazwyczaj realizator przypisany danemu muzycznemu wydarzeniu, też jest pewnie ‘własnym’ dźwiękowcem jakiegoś bandu ?! Wniosek – nie jest on za ‘gałami’ z przypadku.  Jednakże sprawa z dźwiękowym chaosem na koncercie ma swój początek gdzie indziej.

    Otóż. Co myśłi ‘młody’ muzykant będący na scenie ? Na co przede wszystkim zwraca uwagę ? Co jest dla niego najważniejsze ? Odpowiedz jest tylko jedna – on chce się dobrze słyszeć. I tu zaczynają się schody. Niejednokrotnie byłem świadkiem konfrontacji pomiędzy wspomnianym już muzykantem, a realizatorem. Przepychanki między ‘gentelmenami’ zawsze dotyczą jednego – głośności i intesywności danego instrumentu na scenie. Kapele, które troche już za sobą mają koncertowych ‘wpadek’ doskonale wiedzą, że tu najważniejszy jest kompromis. Jednakże należy też pamiętać, że ostatnie słowo w przypadku scenicznego volumenu należy do realizatora. To on wie najlepiej, który instrumen na scenie jest za głośno. My, muzykanty nie powinniśmy raczej wymądrzać się w tych kwestiach, bowiem to tylko będzie w trakcie koncertu na naszą niekożyść. Jeśłi my się na scenie rozkręcimy, to automatycznie bębniarz zacznie grać głośniej, a wraz z nim nasi koledzy z kapeli. Finał będzie taki, że na tzw. przodach będzie chaos, widz nie bardzo zrozumie sens naszej muzyki, a akustyk stwierdzi „tak byliście rozkręceni, że nic nie mogłem zrobić”. I najważniejsze – akustyk będzie miał racje. Dlatego wcześniej pisałem o kompromisie. W trakcie koncertu najważniejsze jest to, jak kapela brzmi NA PRZODACH. Nie na scenie ?! Odchodząc 15 metrów od sceny już nie słychać brzmienia ze sceny ?! Zostają tylko ‘przody’.  A im dalej, tym ze sceną gorzej. Dlatego tak ważne jest, aby proporcje sceniczne dostosować do informacji płynących od dźwiękowca.

     Podejżewam, że z własnym realizatorem jest o tyle łatwiej/lepiej, że mu się po prostu ufa. Domyślam się, że jak on powie ‘ścisz się na scenie’, to dany muzyk/muzykant to zrobi bez wahania. Jeśli zaś powie to samo człowiek, którego widzimy pierwszy raz na oczy, to niejednokrotnie jest to odbierane negatywnie ?! Kompoletnie tego nie rozumiem ?! Przecież nikt nikomu nie chce zrobić na złość z definicji ?! Na brzmienie całości pracuje w podstawowym stopniu głośność instrumentów na scenie. Jeśli zatem proporcje na scenie są zachwiane, to nie ma co liczyć na cud… Oczywiście zdarzają się także wyjątki. A to akustyka sali pozwoli nam na większą moc ze sceny. A to realizator będzie wyjątkowo bystry i ukręci nam ciekawy sound w akustycznie słabej sali. Ale pamiętać należy, że nie jest to regułą. A to, jakie jest brzmienie na przodach wie tylko on i kilku naszych znajomych będących na naszym koncercie. Niby to sprawa prosta, ale wciąż jakoś niewielu młodych gniewnych muzykantów o tym pamięta. ŻADEN Z MUZYKÓW NIE WIE JAKIE JEST JEGO BRZMIENIE NA PRZODACH W TRACKIE KONCERTU, BO JEST WTEDY NA SCENIE I GRA !!! Jeśłi tylko uświadomimy sobie tą jakże prostą rzecz, to mam pewność, że stosunki między artystą, a realizatorem staną się bardziej ludzkie/koleżeńskie ;)

    Jeszcze jedno. Tak zwane problemy z akustyami stają mniejsze wprost proporcjonalnie do umiejętności grania danego zepołu na scenie. ‘Młodzi’ zazwyczaj fikają i dźwiękowo się przewracają. Starsi zaś, będacy bardziej układni, brzmią przeważnmie ładniej. Warto zawsze uczyć się na własnych błędach i przede wszystkim wyciągać z nich wnioski, a nie próbować je powielać myśląc, że w innym miejscu może się udać. Nie warto…

    I na koniec… Jest taka bardzo ważna cnota moralna, która w ogólnym rozumieniu tego słowa [by nie wdawać się w szczegóły] polega na uznaniu własnej ograniczoności. Mówi także o tym, by nie wywyższać się ponad innych i unikać chwalenia się własnymi dokonaniami. Ta cnota nazywa się POKORA… Ona może TYLKO pomóc w dojściu do celu – nigdy nie przeszkodzi… Mówię to z pełną odpowiedzialnością, pozostawiając Państwa z tym tematem do przemyślenia….