TOMASZ KASPRZYK
Kasprol
Strona domowa
Felietony
Recenzje
Radio - od A do Zet
Foto
CD i DVD
Koncerty
Kasprolius
Wywiady
Kontakt
Warto mieć
Warto znać
Warto posłuchać
Warto znać

 
KT TUNSTAL - "Drastic Fantastic"

     Jeśli by zapytać, który rok był dla KT Tunstal najważniejszym, podejrzewam że większość zainteresowanych wskazała by minione 12 miesięcy. To okres przepięknie dla niej zakończony płytą bez prądu „Acoustic Exrtavaganza”, żeby nie wspomnieć także o nominacji do Grammy Awards i uznaniu świata dla jednej z najbardziej cenionych wokalistek i autorek piosenek. Będąc na tzw. fali artystka postanowiła wzbogacić swoją kolekcję gitar o kilka [jak sama powiedziała] „bardzo seksownych” instrumentów, by wykorzystać je na nowym albumie „Drastic Fantastic”. To płyta bardzo dojrzała, choć w jej przypadku, nie ma w tym żadnego zaskoczenia. Od lat KT Tunstal wie czego chce i konsekwentnie dąży do tego, co sobie muzycznie zaplanuje. Nowy krążek tylko uwydatnia tezę, że „w słabej płci, niezwykła moc tkwi”. Trudno na płycie wskazywać muzycznych faworytów, bo to płyta równa, zagrana z wielką wyobraźnią i mądrym podejściem aranżacyjnym. Oczywiście ze zrozumiałych względów uwagę zwraca „Hold On”, ale jeśli się nad jedną piosenką pracuje prawie pół roku to musi być efekt. Jednak podejrzewam, że nagrania takie jak "Little Favours", czy nawet "I Don't Want You Now" także znajdą wielu zwolenników. Warto dodać, że w roli producenta płyty wystąpił Steve Osbourne, współpracujący wcześniej przy krążkach U2 i Happy Mondays, natomiast Michael H. Brauer [Coldplay, The Rolling Stones] podjął się zmiksowania materiału. Efekt imponujący.
CLAWFINGER – „Life Will Kill You”

     Oto prawdziwa legenda łącząca w swojej barwnej twórczości rap i industrial z nu metalem. Wydali dotychczas sześć albumów: począwszy od "Deaf Dumb Blind" z 1993 roku, a skończywszy w 2005 na "Hate Yourself With Style". Wydawać by się mogło, że za sprawą „Life Will Kill You” ten sezon też powinien do nich należeć, lecz jest jedno ale… Płyta owszem, zarejestrowana z wielkim rytmicznym polotem [co oczywiście w przypadku tego zespołu nie jest niczym nowym], a także zawierająca tradycyjnie sporą dawkę prawdziwie zawodowych riff’ów. Jednakże odnoszę wrażenie, jakby Clawfinger pozbył się większości pomysłów przy realizacji poprzedniego krążka. Być może płyta „HYWS” nastawiła mnie na podobną dawkę harmonicznych zaskoczeń i rytmicznych zmian. Co by nie mówić, album „Life Will Kill You” jest na pewno godny uwagi, bo oprócz tradycyjnej już dla Clawfingera stylistyki, odnaleźć można na tym krążku także kilka rzeczy „nowych”. Chociażby nagranie „The Price We Pay”, przypominające trochę dokonania Apocalyptici, czy tęsknie brzmiącą balladę "Little Baby” z wiodącym głosem kobiecym. „Life Will Kill You”, to jedenaście piosenek dla tych, którzy lubią moc gitar Zak’a Tell’a i spółki z istnie „parowozowo” brzmiącą sekcją rytmiczną. Chwalił, ani ganił płyty nie będę, natomiast namawiam do wysłuchania albumu w całości i wyrobienia własnego zdania. Krążek z pewnością jest tego wart.      

 
BEATSIE BOYS – „The Mix-Up”
   
     Po niezwykle udanym koncercie na Opeerze i fantastycznym przyjęciu nowojorskiego tria przez polskich fanów, dostajemy płytę - zagadkę lub płytę – ciekawostkę. Jak zwał, tak zwał, lecz jeśli ktoś miał nadzieję, że z nowej produkcji Bestie Boys „wybuchną” kolejne dzieła typu „You Gonna Fight, For You Right”, czy „Sabotage”, podejrzewam, że minę miał bardzo zdziwioną. Doczekaliśmy pierwszej w historii grupy płyty, która zawiera wyłącznie utwory instrumentalne. To oczywiście powoduję lawinę krytyki i zarazem zachwytu nad krążkiem. Lekceważyć tego nie można, bowiem jeśli chodzi o Beastie Boys możemy być pewni jednego – świeżości. Nie mam wątpliwości, że ta płyta także w dźwiękowy sposób ukazuje nam rodzinne miejsce jej twórców – Nowy Jork. Jest wciągająca i odpychająca, smutna i zarazem wesoła, nawet momentami irytuje, uspokajając zarazem. Brzmi to nieco dziwnie, lecz krążek ma „to coś”. Wtajemniczenie twierdzą, że może to być kolejny „milowy krok” w przypadku Bestii i podejrzewam, że pewnie w tym tkwi jakaś tajemnica. Sami twórcy o albumie powiedzieli, że to „czysty chill-out-acid-jazz działający jak narkotyk”. Przed odsłuchaniem płyty, zbagatelizowałem tę wypowiedź z „pierwszej ręki”, lecz teraz sam proponuję muzyczną używkę. Z czystym sumieniem namawiam do tego, aby jej dźwiękowo posmakować – bez uszczerbku na zdrowiu...
 

THE MOONEY SUZUKI - „Have Mercy”.

 

     Ostatnie miesiące nie były zbyt udane, zarówno dla zespołu, jaki i dla wielu fanów MS. Trzy lata temu Nowojorczycy „uraczyli” nas krążkiem, o którym pewnie wielu chciałoby jak najszybciej zapomnieć. Krytyka jak pamiętam nie zostawiła suchej nitki na płycie „Alive & Amplified”, więc chyba najlepszym rozwiązaniem dla zespołu było wznowienie klasycznych już demówek z wczesnego okresu działalności na „The Maximum Black EP”, by po muzycznym faux-pas „wcisnąc reset”. Ten trudny okres w zespole spotęgowało
opuszczenie szeregów bandu przez gitarzystę Grahama Tyler’a oraz fakt pożegnania się z dwiema wytwórniami – Columbia i zaprzestającą wydawania nowości V2. Teraz wreszcie, po wielu zawirowaniach [nie tylko muzycznych] mamy zapowiadaną płytę, która podobno ma sprawić, iż zespół powróci do świetnej formy sprzed lat. Podejrzewam, że dla wielu nadeszła długo oczekiwana chwila, by się przekonać, czy aby warto było czekać… Kiedy „mierzyłem” się z nowym, czwartym już krążkiem w karierze nowojorskiego zespołu, miałem wrażenie, jakby w podświadomości członkowie The Money Suzuki „prosili o litość”. Lecz obiektywnie muszę stwierdzić, że tym razem się postarali. Oczywiście na początku kilka nagrań bym z tego krążka błyskawicznie wyrzucił, lecz ku mojemu zdziwieniu z biegiem czasu zaczynałem się zastanawiać nad moją [pochopną] decyzją. To trwa i z każdym podejściem do płyty „Have Mercy”, muzyka The Money Suzuki nabiera dla mnie innej wartości. A to w dźwiękach lubię najbardziej…  
 
PRINCE – „Planet Earth”

     Kiedy usłyszałem nagranie „Guitar” zapowiadające nadejście nowego dzieła ikony światowej muzyki – Prince’a, pomyślałem, że wreszcie [po latach] facet zacznie grać na gitarze. Przyznam, że trochę się gitarowo zawiodłem, lecz to, co kryło się w dźwiękach i aranżacjach zawartych na „Planet Earth” w zupełności zaspokoiło moje oczekiwania. Ta płyta utwierdziła tylko mnie w przekonaniu, że Prince nie tylko jest małym/wielkim facetem poszerzającym muzyczne horyzonty dla przyszłych twórców, lecz także jak mało kto, potrafi w nowych piosenkach zawierać sprawdzone emocje sprzed lat. Począwszy od nieśmiertelnego brzmienia gitary z „Purple Rain”, poprzez niedoścignione sprawne przeplatanie się partii instrumentów jak to miało miejsce na płycie „Musicology”, a skończywszy na bardzo nowocześnie brzmiących loop’ach, własnego autorstwa. Płyta „Planet Earth” to także wielki powrót do wytwórni Columbia Records, z którą przed laty święcił zasłużone triumfy. Sam jej szef, Rob Strigner powiedział, że ten krążek to „kolejny kamień milowy w karierze Prince’a, a wytwórnia jest zaszczycona mogąc pracować z tak uznanym artystą, w tak przełomowym dla niego momencie”. Płyta momentami może trochę dziwić, bowiem odnosi się wrażenie, jakby twórca nie bardzo wiedział co ma na myśli, lecz w przypadku tego artysty, to nie jest prawdopodobne. To raczej my musimy się nauczyć podążać tokiem muzycznego myślenia Princa. A to nie jest łatwe. Myślę jednak, że dzięki nowej płycie stanie się o wiele bliższe. Czego także i sobie życzę…   
 
DREAM THEATER - “Black Clouds & Silver Linings”                                 

    Dream Theater powraca nowym albumem. "Black Clouds & Silver Linings" to już dziesiąty studyjny album weteranów progresywnego metalu. Amerykańska grupa rozpoczęła prace nad albumem - drugim już w barwach Roadrunner Records po "Systematic Chaos" z 2007 roku - w październiku ubiegłego roku. "Black Clouds & Silver Linings" będzie dostępny w trzech wersjach. Niesamowitą okładkę towarzyszącą płycie tak jak poprzednio zaprojektował Hugh Syme (Rush, Iron Maiden) . Produkcją albumu zajęli się perkusista Mike Portnoy oraz gitarzysta John Petrucci, podczas gdy za miks odpowiedzialny jest Paul Northfield. Płyta osiągalna jest w 3 formatach: oprócz standardowej wersji dostępna jest specjalna trzypłytowa edycja oraz ekskluzywny, limitowany box. Dream Theater będzie promować ten album w Europie na koncertach w czerwcu, a także we wrześniu i to właśnie 30 września grupa zaprezentuje się polskiej publiczności, w bydgoskiej Hali Łuczniczka.

KORN - “MTV Unplugged”

   Jonathan Davis i koledzy przyzwyczaili nas już do tego, że słabych kompozycji ze swoich rąk nie wypuszczają. Słysząc już tylko nazwę zespołu przygotowani jesteśmy na mocną dawkę prawdziwego rockowego grania i potężną garść emocji. Jest jeszcze coś, czym Korn od lat się charakteryzuje – zaskoczenie i nieprzewidywalność. Teraz mamy kolejny tego dowód. Muzyczny zwrot o 180 stopni z zachowaniem własnej wyrazistości. To nie łatwe. Lecz kiedy sprzedaje się ponad 25 milionów płyt, wyznacza się nowe trendy i jest się wielokrotnie nagradzanym, to można się domyśleć, że i to jest możliwe. 9 grudnia 2006 w studio MTV na Times Square, Jonathan i kompanija dali akustyczny popis publiczny. Wstępnie niewyobrażalne, lecz po przesłuchaniu, czy obejrzeniu [jest także DVD] okazuje się, że to naprawdę możliwe. Korn zaprezentowali swoje znane i uznane przeboje w nowych, akustycznych wersjach. Ciekawe doświadczenie muzyczne, znając genezę powstawania oryginałów. Niespodzianek także nie brakuje. Wśród zaproszonych gości m.in. Amy Lee z Evanescence ["Freak on a Leash”] czy frontman Linkin’ Park - Chester Bennington. Dla tych, którym wydawało się, że muzyka The Cure z Korn ma niewiele wspólnego, jest także pewna niespodzianka. MTV Unplugger, to już uznana seria koncertów, dzięki którym muzyka Pearl Jam, Stinga, czy Lenny’ego Kravitz’a nabrała innego wymiaru, oczywiście nie wspominając o niedoścignionej Nirvanie. Tym razem, mam wrażenie, że Korn dzięki temu wydarzeniu, uplasują się w czołówce gwiazd występujących w serii akustycznej. Każdy, kto miał gitarę w ręku i próbował to samo zagrać „bez efektów” wie, że tak jest trudniej. Tym większe słowa uznania dla zespołu Korn, za pokazanie światu muzycznego warsztatu.    

NORAH JONES – “Not Too Late”

   Na początku było niedowierzanie, potem zachwyt i w pewnym stopniu przyzwyczajenie do muzycznej klasy, a ostatnio większe niż zazwyczaj wymagania. Czekając na nową płytę Norah Jones miałem wysoko postawioną poprzeczkę, lecz kiedy pojawiły się pierwsze dźwięki z „Not Too Late” dotarło do mnie, że Norah przeskoczyła moje „oczekiwania” bez żadnego muśnięcia. To jedna z nielicznych artystek, przez wielkie „A”, która potrafi z doboru instrumentarium na płycie, stworzyć coś wyjątkowego. Nie chodzi o to, żebym słysząc np. marimbę wpadał w zachwyt. Sposób wykorzystania poszczególnych instrumentów, odpowiednia aranżacja i przeplatanie się muzycznych planów względem siebie, powoduję, że utwierdzam się w przekonaniu, że tak też można. Wystarczy tylko chcieć. Sam początek płyty jest już zniewalający. W „Wish I Could” mamy piękną kantylenę „głosu wiodącego”, przy bardzo oszczędnym akompaniamencie gitary i przemyślanym lirycznym frazowaniem wiolonczeli w kontrapunkcie [gra Jeff Ziegler z Kronos Quartet]. W „Sikin’ Soon” można poczuć obecność Bjork i muzyczne uduchowienie Louisa Armstronga. Oczywiście wyjątkowy nastrój tworzą fortepian i kontrabas w towarzystwie perkusyjnych miotełek, gdzieniegdzie mandolina, w oddali puzon grający piano i mezzopiano, czy już wcześniej wspomniana przeze mnie marimba. W sumie 13 kompozycji, z których każda ma w sobie „to coś”. Ta płyta jest ewidentnym dowodem na to, że nie zawsze głośniej, znaczy lepiej... 

THE COOPER TEMPLE CLAUSE – “Make This Your Town”

   Moja przygoda z zespołem zaczęła się od nagrania “Homo Sapiens”. Pieśń bez żadnych fajerwerków, za to z prawdziwym rockowym zadziorem. Kiedy jednak zapoznałem się z całą płytą, musiałem chwilę się zastanowić i pomyśleć „o co chodzi?”. Teraz wiem. Chłopaki wyrzucają z siebie muzyczne pomysły niczym jednoręki bandyta w trakcie bonusu. Jednak nie ma w tym niczego, co mogłoby świadczyć o braku wyobraźni. Wszystkie partie instrumentów są przemyślane, zachowane proporcje przewijające się gdzieś w podtekście wieczne poszukiwanie. Nie bez powodu także porównywani są do Oasis i Radiohead. Jeśli ktoś lubuje się w Beatlesowskich harmoniach, to z pewnością nie będzie tym krążkiem zawiedziony. Trochę dawki elektro, trochę rock’n’roll’owego pazura i ładne melodie z pozytywnym przekazem [ostatnio towar deficytowy] to bez wątpienia walory płyty „Make This Your Town”. Jak na debiut, wielkie brawa – uznanie za „One More With Feeling”, czy „Waiting Game”. Podziękowania także dla magazynu „Kerrang!” za odkrycie i dla wytwórni fonograficznej, o której muzycy wypowiadają się w samych superlatywach. Kiedy nikt nie oszukuje i nie stara się wykorzystać, kontrakt jest przejrzysty, a w studio nie trzeba zawierać kompromisów, to można z podniesioną głową robić swoje. Sześciu szczęśliwych facetów - The Cooper Temle Clause. Oby trwało to jak najdłużej. Znamy przecież drugą stronę medalu zwanego „showbuisness”... Póki co, koszulka z napisem „Homo Sapiens” jest jedną z moich ulubionych.      

KASABIAN – “Empire”

   Kiedy w dobie komputeryzacji i wszechogarniającej nas XXI-wiecznej techniki umiejętności czysto instrumentalne przy tworzeniu muzyki idą na dalszy plan, zawsze się znajdzie ktoś, kto te wszystkie „bezduszne cudeńka” będzie potrafił wykorzystać w należyty sposób. Dla niedowiarków proponuję na początek „Empire”. Efektowną dawkę połączenia transu, elektro i czystego gitarowego grania w duchu rock’n’rolla, które nie bardzo da się „przyporządkować” obecnie panującym trendom. Wymarzony kompozytorski „wiatr we włosach” i twórczy polot, którego obecnie wielu mogłoby tylko pozazdrościć. Mianownik jeden – Kasabian. Oczywiście słyszalne punkty odniesienia [Oasis, wczesne Depeche Mode i The Beatles], to tylko harmoniczne smaczki, które dopełniają całości. Do zachwytu nad samym sobą, jak w przypadku braci Galagerów jeszcze im daleko i wszystko na to wskazuje [całe szczęście], że panowie nie mają zamiaru podążać tym samym tropem. Każde nagranie na płycie niesie za sobą stylistyczną niespodziankę. Np. „By My Side” - oszczędne, zgrabnie zaaranżowane smyczki, które pozornie kontrastują z akustycznymi gitarami, jednak finalnie tworzą bardzo eleganckie plany dźwiękowe. Do tego bas [akustyczny], chwilami prowadzący linię w dwudźwiękach. Rzadko można coś takiego obecnie usłyszeć. W „British Legion” doświadczamy kunsztu budowania nastroju w piosence i właściwego dojścia do kulminacji. Czasem o to trudno. To płyta, której słucha się z przyjemnością. Utrzymana w umiarkowanym tempie, choć nie równa. Sporo zmian natężenia dźwięku i „nowych” stylistycznych odniesień. Chętnych nie powinno brakować.  

WITHIN TEMPTATION - „The Heart Of Everything”

   Wielokrotnie nagradzana duma Holandii ukazała nam swoje nowe oblicze. Nagroda World Music Award sprzed kilku lat, dla najlepiej sprzedającego się zespołu, do czegoś zobowiązuje. Wspominając wcześniejszy krążek „The Silent Force” warto wspomnieć, że płyta doczekała się także swojej premiery w Japonii i Australii. Nie każdy miał taki przywilej. Ale i nie w każdym pokłada się tyle nadziei, co w Within Temptation [przynajmniej jeśli chodzi o Holendrów]. Tym, co lubują się w dobrze przemyślanych i zarazem pięknie prowadzonych liniach melodycznych, śpiewanych przez atrakcyjną kobietę, okraszonych porządną dawką gitarowego mięsa [Evanescence, Nightwish], z pewnością płyta przypadnie do gustu. Sporo tu zagadek brzmieniowych, które warto samemu rozszyfrować. Płyta zmienna jak kobieta. Są tu zarówno piosenki z mocnymi rockowymi riff’ami, jak i te, z których emanuje zwiewna kobieca subtelność. Ciekawe wrażenia. Nad całością czuwał Stefan Glaumann [Rammstein], który odpowiedzialny jest za zmiksowanie materiału zawartego na „The Heart Of Everything”. Można to usłyszeć. Z ciekawostek, warto wspomnieć, o wokaliście Life Of Agony [Keith Caputo], który zaśpiewał gościnnie na pierwszym singlowym krążku "What Have You Done". Lecz nie wydaje mi się, aby wniósł on poważny wkład do twórczości Within Temptation. Owszem, jest to fajne i to wszystko. Nagranie już samo w sobie brzmi bardzo porządnie. Cała płyta także – nie ma w niej muzycznej przypadkowości.

PUSCIFER – V Is For Vagina

     Po bardzo udanym przyjęciu albumu ‘10 000 Days’ swej rodzimej formacji Tool, Maynard James Keenan powołał do życia nowy projekt o nazwie Puscifer. Nie oznacza to jednak końca działalności Tool’a. Wokalista znany także z A Perfect Cirkle najwyraźniej nie potrafi usiedzieć w miejscu i głowa kipi od pomysłów. To słychać na nowej płycie ‘V Is For Vaiona’, na której gościnnie pojawili się m.in. Tim Alexander z grupy Primus, były członek Nine Inch Nails - multiinstrumentalista Danny Lohner, Matt Mitchell oraz aktorka Milla Jovovich. Puscifera nie da się opisać jednym zdaniem, lecz na pewno można powiedzieć, że mimo ‘ciemnych barw’ całości, kompozycje Maynarda Jamesa Keenana charakteryzują się pokaźną dawką melodii, podpartych na prawdę mocnym fundamentem rytmicznym. Płyta choć w tempie umiarkowanym, zawiera pokaźną dawkę energii hipnotyzując odbiorcę już od jej pierwszych taktów. Część kompozycji już znalazła swoje ‘gościnne miejsce’ na ścieżkach dźwiękowych do filmów ‘Underworld’ i ‘Underworld: Evolution’. Nie to jest jednak najważniejsze. Jak Maynard James Keenan mówi, każdy słuchający powinien poczuć energię przepływająca z dźwięków, a "ciała powinny dać się ponieść tańcom, zupełnie jakby J. Lo przeprowadzała casting do teledysku Thriller..." Przyznam, że piruetów z kręceniem biodrami przy tej płycie sobie nie wyobrażam, ale to, że większość wpadnie w energetyczne ‘sidła’ Puscifera, potrafię. 

RIVERSIDE – ‘Rapid Eye Movement’

      Mariusz Duda przed premierą mówił: „Chcemy zaskakiwać samych siebie i nie chcemy się powtarzać w tym, co robimy. Dlatego ta płyta jest inna niż „Out of Myself” i inna niż „Second Life Syndrome”. Faktycznie jest inna, ale czy lepsza nie wiem. Jeszcze się do niej nie mogę przekonać mimo kilu przesłuchań i usilnych chęci. Mam problem. Trzecia część trylogii „Reality Dream” oczywiście nawiązuje do poprzednich znakomicie przyjętych krążków, lecz chyba nie tak powinien wyglądąć/brzmieć finał. Teraz jest trochę rockowo, trochę psychodelicznie, także trochę alternatywnie, lecz do końca nie wiadomo jak ? Tak jak na poprzednich płytach zespół był stylistycznie zdeklarowany, tak tu trudno wskazać kotwicę brzmieniową. Druga rzecz, to odnoszę wrażenie, jakby zespół przestał się rozwijać. Ewidentnie brak na tym albumie czegoś, czego nie znałbym z poprzednich płyt. Oczywiście dla wiernych fanów to z pewnością będzie ‘coś’, bo przecież to Riverside [chociażby ze względu na wspomnienia]. Jednak dla zwolenników Dream Theatre, Porcupine Tree, czy nawet Rush to zdecydowanie za mało. Szkoda by było, aby ostatnia część trylogii, płyta ‘Rapid Eye Movement’ była jednym z tych albumów, które wędrują na półkę po pierwszym przesłuchaniu [obym się mylił]. Jak na razie wszystko na to wskazuje. Na szczęście obiektywnie można przyznać, że każda płyta Riverside potwierdza muzyczny kunszt jaki bez wątpienia grupa posiada. Tyle, że w dzisiejszej muzyce to nie wszystko.

TOTENTANZ – ‘Nieból’

    Od jakiegoś czasu błąkała mi się po głowie upiorna myśl, że w obecnej rodzimej muzyce już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Nagle zdarzyło się cos dziwnego. Totentanz – nic odkrywczego, jednak przykuło moją uwagę od samego początku. Brzmieniem nie byłem zaskoczony, przewidywalnością tym bardziej, ale szczerość przekazu jaka zawarta została na płycie nie pozostawiła mnie na nią obojętnym. Po pierwszym przesłuchaniu płyty ‘Nieból’, wcisnąłem ‘repeat’ i tak jeszcze kilka razy. Teraz mogę stwierdzić, że mamy chyba jeden z lepszych debiutów 2007 roku. Totentanz, to zespół pochodzący z Tarnowa, w którym dwoje muzyków do niedawna współtworzyło legendarną już punkrockową kapelę KSU. To wiele tłumaczy. Być może i to sprawiło, że płyta brzmi tak, a nie inaczej. ‘Nieból’, to album pełen emocji z tekstami charyzmatycznie śpiewanymi po polsku, o wszystkim co ważne. Płyta mądra, równa w brzmieniu i bardzo sprawnie zagrana. Pomimo zawartej w niej dźwiękowej siły [choć ballad nie brakuje] jest niezwykle komunikatywna, a muzyka Totentanz daje się po prostu polubić. ‘Nieból’, to mocne gitarowe riffy połączone z dobrze przemyślanymi melodiami, które dają grupie duże szansę na to, by w dość szybkim tempie zdobywać z dnia na dzień coraz większą rzeszę oddanych fanów. Być może jeszcze kilak przesłuchać, a sam się będę do nich zaliczał. Inna sprawa, że Coma już czuje na plecach oddech konkurencji [jeśli w ogóle o konkurencji mowa], a dla muzyki to bardzo dobrze.  

SIOUXIE – ‘Mantaray’

    Wierni fani Siouxsie And The Banshees na pewno za nią tęsknili, ale nie do końca wierząc, że może powrócić sama! To stało się faktem. Siouxie odważnie, po raz pierwszy nagrała płytę, która udowadnia, że Susan Janet Ballion [tak się na prawdę nazywa] po latach milczenia, ma jeszcze wiele muzycznie nam do powiedzenia. To naprawdę fajne melodie z mądrze ułożona harmonią, a także aranżacjami, które ani przez chwilę nie ocierają się o banał. To płyta w pewnym sensie kobieca, choć w muzycznym przekazie zdecydowanie nie tylko dla kobiet. Intrygująca i zaskakująca. Uwodząca i niepokojąca. Momentami pięknie niedopowiedziana, słuchacza nie pozostawiając na dźwięki obojętnym. Udowadniająca, że w głosie dojrzałej już artystki, tkwi potencjał, którego z pewnością pozazdrościć jej może wiele znacznie od niej młodszych wokalistek, kreujących się na wielkie gwiazdy. ‘Mantaray’ to płyta, której zdecydowanie lepiej posłuchać niż o niej opowiadać. To album zawierający zarówno industrialne elementy w ‘About To Happen’, jak i muzyczne momenty, których pewnie nie powstydziłby się Trent Reznor z Nine Inch Nails. Sporo tu miłych dla ucha ‘zbliżeń’ więc z tym większą przyjemnością słucha się całości, nie wyjmując krążka z odtwarzacza po pierwszym przesłuchaniu. Myślę nawet, że to jedna z tych płyt 2007 roku, do których dość często będziemy wracać.     

THE EAGLES – ‘Long Road Out Of Eden’

Na taki powrót warto było czekać. Biorąc pod uwagę multiplatynową sprzedaż ostatniego koncertowego DVD grupy, miło jest się przekonać, że w tworzeniu melodii i następstw akordów w oparciu o harmonię klasyczną wciąż ‘Orły’ są niedoścignionym wzorem do naśladowania. Każdy, kto jest wrażliwy na ładne dźwięki z dużą dawką muzyki z muzyce powinien tę płytę mieć w swojej kolekcji. Żywa legenda jaką bez wątpienia są The Eagles, płytą ‘Long Road Out Of Eden’ potwierdzają tylko, że jeszcze kompozycyjnie nie powiedzieli ostatniego słowa. Świetnie rozpisane partie wokalne, przepięknie rozłożone instrumenty w aranżacyjnych planach i ciągła chęć tworzenia mądrej muzyki, to atuty, których można im tylko pozazdrościć. Zresztą, z tego to zawsze słynęli. Teraz tylko udowadniają, że wciąż mogą to robić znakomicie. 120 milionów sprzedanych płyt oraz cztery statuetki Grammy dają im przecież wystarczającą możliwość ‘odcinania kuponów’. A jednak wrócili. To na prawdę miło, że po latach Panowie Profesorowie jakimi obecnie są G.Frey, D.Henley, J.Walsh i T.Schmit potrafią wciąż sprawiać nam radość słuchania.  

AGRESSIVA 69 – “Out”

Prekursorzy nurtu rock-industial w Polsce, w rok po wydaniu płyty ‘In’, ukazują nam jej rewers – dwupłytowy album ‘Out’. To z jednaj strony zestaw remisów własnych nagrań, dokonanych przez czołówkę polskich producentów nowoczesnej elektroniki [Husky, Popup czy Stealpot] oraz społeczności MySpace [m.in. Anthill, Effectvol, Cwisdom]. Z drugiej zaś, kolekcja utworów innych wykonawców we własnych aranżacjach [m.in. Republika – Kombinat, Poranna wiadomośc ; Queen – Body Language ; Visage – Fade To Grey ; Frankie Gest To Hollywood – Relax]. Do tego jeszcze w zestawieniu znajdują się cztery kompozycje stworzone na potrzeby filmu ‘Pod Powierzchnią’ Marka Gajczaka [‘Miasto’, ‘W stronę dymu’, ‘Znieczulenie’ i ‘Ogień’]. Sporo się dzieje i można odnieść wrażenie, jakby tyle ‘grzybów w barszczu’ mogło tej płycie zaszkodzić. Nic podobnego – mimo wielu pozornych zmian stylistycznych, płyta jest mocno zakorzeniona w nurcie, do jakiego Agressiva 69 przyzwyczaiła nas przez lata. Ciekawa propozycja, która pokazuje jak wiele jeszcze można stworzyć z odpowiednich brzmień i dźwięków, w zależności od ich ułożenia.