TOMASZ KASPRZYK
Kasprol
Strona domowa
Felietony
Recenzje
Radio - od A do Zet
Foto
CD i DVD
Koncerty
Kasprolius
Wywiady
Kontakt
Warto mieć
Warto znać
Warto posłuchać
Warto posłuchać

 


GOOD CHARLOTTE – “Good Morning Revival”

   Po słynnym już ogranym na wszystkie strony przeboju “I Just Wanna Live”, apetyty na nową płytę czwórki zza wielkiej wody rosły z każdym dniem. Teraz, śmiało możemy sobie powiedzieć, warto było czekać. To nie przypadek, że postpunkowe „młodzieniaszki” wnoszą do muzyki sporo zawirowania i szaleństwa [o braku przewidywalności nie wspomnę]. „Good Morcing Revival” to płyta, które można słuchać zza partym tchem, a jednocześnie śmiało może towarzyszyć w tle, jako akompaniament. Wydaje się to raczej niemożliwe, a jednak. Nie ma w tej muzyce nic, co nosiłoby znamiona dźwiękowego natręctwa. Ciekawy stylistyczny misz-masz, ze zbuntowanymi gitarami w tle. Już sam utwór promujący „Keep Your Hand Off My Girl” daje do myślenia. Kompletnie inny od tego, do czego nas kwartet przyzwyczaił na poprzednich krążkach. To miłe, że nawet takie kapele, mocno zakorzenione w starym The Cure czy Ramones, potrafią wzbogacać swoją muzykę o nowoczesne trendy, nie gubiąc przy tym postpunkowego przekazu. W sumie mamy 13 kompozycji [razem z „Good Morcing Revival - Intro”], które stanowią swojego rodzaju muzyczną talię kart God Charlotte. Nie ma między mini jakiś przemyślanych powiązań, w których kolejność odgrywałaby ważną rolę. Jednak kilku piosenek zasługujących na miano przeboju można się doszukać - „Misery”, „A Beautiful Place” czy „Where Gould We Be?”. Podejrzewam, że każdy z tej „talii” wybierze swojego Jokera.  

GENTLEMAN - 'Another Intensity'

    Panie i Panowie. W Europie istnieje ktoś, kto zgrabnie potrafi w swoich piosenkach wplatać elementy wykraczające poza stylistykę reggae i łączyć roots-reggae z dancehallem. Nazywa się Tilman Otto – to już uznany artysta, choć wciąż ‘ukrywający’ się pod pseudonimem Gentleman. Od lat uznawany jest za jedną z najważniejszych postaci w tej części świata. Po niespełna dwóch latach nieobecności postanowił się przypomnieć płytą niezwykle szczerą, muzycznie oddaną i brzmieniowo świeżą, choć nie stroniącą od ewidentnych jamajskich korzeni. ‘Another Intensity’ to już czwarty solowy krążek Gentlemana, do którego nagrania zaprosił także gości. Poza najbardziej przez nas interesującym artystą, na płycie swoimi talentami ‘świecą’ m.in. Diana King, Jack Radics & Daddy Rings, a także Alborosie, którym pojawia się na najbardziej chyba ‘radiowym’ nagraniu - ‘Celebration’. Mam nieodparte wrażenie, że płyta z każda minutą pozytywnie zaraża i nie zdziwiłbym się, jeśli gdzieś ‘przelatując’ po skali udałoby mi się wysłuchać jej fragmentów. Począwszy od ‘Evolution’, który już od pierwszych taktów nadaje płycie odpowiedni klimat roots-reggae, poprzez ‘Different Places’ i ‘Persuit Of Happiness’ gdzie ‘trójkolorowe’ obłoki tworzą parasol nastroju, a skończywszy na ‘Sin City’ – nagraniu ewidentnie godnym finału płyty. 'Another Intensity', to 17 utworów, przy których warto się zatrzymać dłużej, niż na chwilę. Warto, bowiem przemyślanych dźwięków ciągle przecież mamy jak na lekarstwo…
 
TOMEK MAKOWIECKI – ‘Ostatnie wspólne zdjęcie’

     Jeśli jeszcze do niedawna ktoś mógł odnieść wrażenie, że nasi ‘artyści’ [poza kilkoma wyjątkami] mają jakikolwiek muzykalny deficyt, to właśnie ukazało się ‘coś’, co ma duże szanse, na rozwianie kilku stereotypów. To coś nazywa się ‘Ostatnie wspólne zdjęcie’ i jest nową płytą Tomka Makowieckiego, który mimo młodego wieku udowadnia, na czym polega tzw. muzyczna dojrzałość. Ten album z dużym powodzeniem może stanowić swoisty wzór dla tych, którzy nie bardzo mogą się odnaleźć kompozycyjnie. Faktem jest, że umiejętności składania akordów w logiczną całość, jak i pisania/śpiewania melodii nie posiada się ot tak. Ale o tym może innym razem. Skupiając się jednak na samej płycie, Tomek na niej w zadziwiająco łagodny i mądry sposób próbuje przenieść nas do lat minionych, by z łezką w oku wspominać to, co najlepsze zatapiając się w czarno-białych fotografiach. Udaje mu się to doskonale… Wcześniej zrobiła to Ania Dąbrowska, więc bardzo jestem rad, że tym razem wspólnie postanowili się ‘odnaleźli’, interpretując z całą pewnością klasyka Serge’a Gainsbourg’a i Brigitte Bardott ‘Bonnie & Clyde’. A to tylko jedna z jedenastu pięknych piosenek, które znalazły się na tym krażku. Dojrzałe teksty, precyzyjnie przemyślana harmonia i mądre plany aranżacyjne dają efekt, którego żaden ‘wielki’ by się pewnie nie powstydził. Miło mieć świadomość, że mamy w Polsce zdolną młodzież.
 
NIGHTWISH - 'Dark Passion Play'

     Po serii spekulacji i niepewności, dotyczących przyszłości tej fińskiej formacji, mamy dowód, że chyba warto było czekać na nowe otwarcie. Nowe, bowiem z zespołem rozstała się poprzednia wokalistka Tarja Turunen, która jak nikt wnosiła do ‘nightwishowskiej’ muzyki niepowtarzalne elementy operowe. Pewnie dlatego 'Dark Passion Play' przez wielu było uznawane, za jeden z najbardziej oczekiwanych albumów tego roku, chociażby ze względu na kondycję zespołu. Śmiało można powiedzieć, że nowa płyta Nightwish, to odważny krok naprzód. Wszystkie charakterystyczne dla grupy elementy [z wyłączeniem opery] zostały zachowane. Chór [czasami nawet brzmiący monumentalnie], fortepian i inne instrumenty klawiszowe oraz charakterystycznie brzmiące gitary, mogą dać poczucie należycie spełnionego ‘obowiązku’ wobec wyczekującej rzeszy fanów. A pewnie i sama Anette Olzon [nowa wokalistka] dodała do brzmienia świeżości. Album rozpoczyna trwająca ponad 13 minut kompozycja "The Poet And The Pendulum" – dalej już od płyty trudno się oderwać.
Nawet pomimo tego, że promujące płytę nagranie ‘Amaranth’ może dla wieku brzmieć nieco groteskowo, to podejrzewam, że ‘Dark Passion Play’ [za sprawą także łatwiejszego w odbiorze głosu Anette], stanie się płytą szybko rozpoznawalną. Dodam, że w wersji 2CD, mamy także wszystkie utwory z płyty instrumentalnie [w razie czego…]. Jednak obiektywnie trzeba przyznać, że Anette Olzon sprostała niezwykle trudnemu zadaniu, jakim było zastąpienie Tarji, bez uszczerbku ‘dla zdrowia’. Warto docenić odwagę – muzyka się broni.      
 
STEREOPHONICS - 'Pull The Pin'

    Są takie nagrania, które mimo upływającego czasu, zmian i muzycznych trendów  nucimy z przyjemnością. Do takich mogą należeć m.in. ‘Dakota’ i ‘Have A Nice Day’. Pewnie dlatego czekałem na ten krążek prawie dwa lata. Czekałem z nadzieją i zawiodłem się – nieco - choć zazwyczaj w takich przypadkach daję sobie czas... Póki co, mam wrażenie, że płyta nic nie wnosi poza tym, że jest tylko kolejnym krążkiem w dorobku zespołu. Zbyt równa, zbyt monotonna i przewidywalna do granic możliwości. Próbowałem ją ‘zrozumieć’ nawet kilkakrotnie, jednak udało mi się tylko wyłapać ‘jaśniejsze’ fragmenty. N pewno talent, jakim został obdarzony Kelly Jones słychać w ‘Daisy Lane’ i ‘It Means Nothing’, które tak jak przed laty ‘Maybe Tomorrow’, powodują miły muzyczny stan lewitacji. To jednak za mało. ‘Pull The Pin’, to w sumie 12 nagrań, na pewno brzmieniowo bez zarzutów. Całość wyprodukowana przez duet Kelly Jones i Jim Lowe, który ‘na sumieniu’ ma także Foo Fighters i Manic Street Preachers. No i miksy autorstwa Spike’a Stent’a, współpracującego także przy nagraniach U2, Depeche Mode i Massive Attack. Gdzieś jednak zostało utracone ‘to coś’, choć być może jeszcze nie było mi dane ‘tego czegoś’ doznać. Dlatego wspomniałem o czasie… Na tę chwilę wiem jedno - kompozycyjnie mogło być dużo lepiej. Szkoda…
 
EDDIE VEDDER - 'Into The Wild'

     Doczekaliśmy wreszcie solowego debiutu Pana Veddera. Płyty, która nie dość, że jest soundrackiem do filmu ‘Into The Wild’ wyreżyserowanego przez Seana Penna, to także jest pierwszym wydawnictwem, które wokalista zespołu Pearl Jam nagrał ‘na boku’. Album, który ma w sobie magię powtarzalności i warto go posłuchać kilkakrotnie. Jest zróżnicowany - od akustycznych, momentami ckliwych kompozycji po kawałki z rockowym pazurem.
To płyta, która buduje napięcie, ale także dawkuje emocje. Nie pozwala o sobie zapomnieć, choć przyznam, że pierwsze podejście do odsłuchu mogło zakończyć się odłożeniem krążka ‘na później’. Zaznaczam jednak, że nie warto o niej zapominać, bo ‘Into the Wild’ jest płytą na prawdę przejmującą. Całe szczęście, że Vedderowi udało się nie przekroczyć granicy banału, choć momentami było blisko. 11 kompozycji trwających trochę ponad pół godziny. Niby mało, ale doprawdy w tym przypadku wystarczająco. Warto także zaznaczyć, że mimo sporej rozpiętości w stylistycznej treści, płyta ‘Into the Wild’ nie sprawia wrażenia ‘dzieł zebranych’. I choć pod względem muzycznym stanowi spójną, lecz niezbyt zaskakującą całość, to z ręką na sercu można powiedzieć, że po kilku przesłuchaniach nabiera nowego wymiaru i niektórym trudno już się od niej oderwać.
 
MARK KNOPFLER - 'Kill To Get Crimson'

    
To pierwsza od 2004 roku solowa płyta Marka Knopflera. Artysty, który wydać by się mogło, że zgrał już wszystko z Dire Straits. Zresztą, po takim sukcesie komercyjnym jest w niezwykle wygodnej pozycji - robi to co chce i jak chce. Już nie musi się przejmować modą i gustami publiczności. Jeśli ktoś słuchał ‘Sailing to Philadelhia’ to wie o czym mówię/piszę. Nowa płyta, to sentymentalna podróż Pana Marka w młodzieńcze lata, czego symbolem już może być okładka [fragment obrazu Johna Bratby'ego z 1958 r.]. Dźwiękowo album nawiązuje do lat 50. i 60., a podobno jeden z utworów, Knopfler zaczął komponować jeszcze w latach 70. Jeśli byłaby to prawda, to mielibyśmy najdłużej komponowaną piosenkę w historii muzyki. Może nawet utwór doskonały…? Poważnie – ‘Kill To Get Crimson’ to nostalgiczna opowieść, w której tle obok charakterystycznej gitary, znalazło się także miejsce dla bardziej folkowego instrumentarium: skrzypce, fortepian czy akordeon. Płyta niezwykle knopflerowo-nastrojowa i być może ‘dla podtatusiałych fanów, którzy lubią posłuchać sobie muzyki rozparci wygodnie fotelu’. Ale trzeba przyznać, że Mark Knopfler, to jeden z nielicznych artystów, którzy wciąż nagrywają dobry album od początku do końca.
I jeszcze jedno - mało kto potrafi śpiewać o życiu tak jak Knopfler… Płyta wydana w trzech wersjach – CD, na winylowym long playu oraz jako CD z "bonusowym" DVD

JOE COCKER - "Hymn For My Soul"

    Parafrazując już tytuł samej płyty, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że krąży nad nią duch „With A Little Help From My Friends” Lennona i McCartneya – któż tego nie pamięta. Tak jak w przypadku Beatlesów mięliśmy tandem kompozytorski, tak teraz mamy do czynienia z połączeniem sił interpretacyjnych i produkcyjnych. Doczekaliśmy się bowiem kolejnej muzycznej odsłony repertuaru artysty, który mimo upływającego czasu jest wciąż jednym z najbardziej rozpoznawalnych, a jego interpretacje stanowią niedościgniony wzór dla kolejnych pokoleń. Na szczególną uwagę jednak, zasługuje fakt pojawienia się na krążku w roli producenta Ethana Johnsa, współpracującego wcześniej m.in. z Ryanem Adamsem,  Rufusem Wainwrightem, Emmylou Harrisem, czy nawet Razorlight i Kings of Leon. Jak się okazało, połączenie takich osobowości przy pracy nad krążkiem „Hymn For My Soul” wypadło znakomicie, a panowie się nawet ze sobą zaprzyjaźnili. Przy okazji Ethan Johns poznał legendę, o której tak wiele wspominał mu jego ojciec Glyn Johns [także uznany producent m.in. płyt The Eagles, The Rolling Stones, The Who oraz inżynier dźwięku na słynnym już albumie Cockera „Mad Dogs And Englishmen”. Mamy zatem imponujący zestaw piosenek, w których wokal został wysunięty na pierwszy plan [co w przypadku Cockera wydaje się być bardzo słuszne] i wszystkie instrumenty zagrane i nagrane na żywo, co obecnie nie zawsze staje się standardem pracy w studiach nagraniowych. Płyta bez wątpienia cieszy, bo słychać na niej prawdziwą miłość do muzyki i muzykowania.

AVRIL LAVIGNE - "The Bast Damn Thing"

   Po ukazaniu się płyty "Under My Skin", Avril kazała czekać na swój nowy materiał 3 lata. Zresztą skoro poprzedni krążek stał się multiplatynowym wydawnictwem, pewnie miała do tego prawo. Czekać było warto, bo świeżych i energicznych punk-rockowych riff’ów nam zawsze mało. Jeśli do tego dołożymy przemyślane linie melodyczne z bardzo przebojowymi refrenami, to ręce się same składają do oklasków. Różnicę na płycie słychać wyraźnie. Avril Lavigne, to już dojrzała artystka, która wie czego chce i zamierzony cel osiąga w imponujący sposób. Nie bardzo wiem jakie utwory miałbym wysunąć na pierwszy plan, bowiem potencjalnych przebojów jest tutaj wiele : „Girlfriend”, tytułowy „The Best Damn Thing” czy „I Can Do Better” od razu zapadają w pamięć i siedzą w niej nad wyraz długo... Lecz nie tylko siła płyty tkwi w „mocniejszym” uderzeniu.    Swoją dojrzałość Avril ukazuje nam przede wszystkim w mądrze poprowadzonych balladach :„Innocence”, „When You're Gone”, a także “Keep Holding On”. Co ciekawe, artystka miała do pomocy w studio kilu swoich kolegów z branży. Ocenianiem, nadzorowaniem i także produkowaniem nowego krążka zajęli się Rob Cavallo [Green Day, My Chemical Romance], Butch Walker, Dr. Luke, no i oczywiście mąż Avril Lavigne, Deryck Whibley z grupy Sum 41. W takim zestawie błędów się raczej nie popełnia.   

TRAVIS - "The Boy With No Name"

   Zawsze ceniłem ich za tworzenie pięknych i emocjonalnych piosenek, które z miejsca stawały się klasykami gatunku. Teraz, po trzech latach milczenia, muzycy przekonali mnie, że wciąż są w doskonałej formie. Entuzjazm zawarty na nowym krążku z pewnością jest zasługą potomka Frana Healy’a. Warto dodać, że ma „on” odzwierciedlenie w tytule albumu. Fran Healy i jego żona Nora nie mogli zdecydować się jak nazwać syna. Przez wiele tygodni był po prostu Bezimiennym Chłopcem ("The Boy With No Name"). Obecnie - Clay. W samej dźwiękowej zawartości płyty mam to, na co czekałem. Zachwycające melodie, fantastyczne wręcz refreny i klimat, do którego Travis przyzwyczaił mnie przez lata. Po takich hitach jak „Side”, czy „Sing” mogłem już od artystów więcej wymagać. Jednak wraz z pojawieniem się nowej płyty, dostałem tylko potwierdzenie muzycznej klasy Travisa. Paleta muzycznych barw wręcz imponującą. Od rockowego grania, po słodkie popowe piosenki. Jednakże daleko im do wszechogarniającej nas tandety. To doprawdy bardzo przemyślane kompozycje, ze złożoną harmonią i mądrym następstwem akordów. Na uwagę zasługuje „Big Chair” z bardziej uwydatnioną linią basu, a także „My Eses” będący penie pieśnią Frana dla syna. Zresztą nie wątpię, że po przesłuchaniu płyty "The Boy With No Name", każdy będzie miał swoich muzycznych faworytów. Ale to jest właśnie Travis – na bazie POZORNIE tych samych akordów tworzą dzieła, które ewidentnie odróżniają się całej reszty. To wielka umiejętność i zarazem uczta dla uszu. Polecam...    

KEITH URBAN - "Love, Pain & the Whole Crazy Thing"

   Jak by ktoś nie wiedział, Keith Urban to naprawdę niezła partia - była. Obecnie mąż Nicole Kidman , nie dość, że całkiem przystojny, to nawet umie śpiewać. Choć miał słabe „uzależniające” momenty, to pobyt w klinice chyba mu dobrze zrobił. Chłopak był stosunkowo mało znany poza Stanami Zjednoczonymi i Australią, dopóki nie poślubił hollywoodzkiej gwiazdy. Nic dziwnego, że czuje się pokrzywdzony przez media, które koncentrują się jedynie na jego związku z Nicole Kidman zamiast na muzyce, którą tworzy. Z drugiej strony zaś, to, że nikt o nim nie słyszał, to jego zasługa. Muzyka bardzo przewidywalna. Popowa mieszanka quasi rock’n’roll’a z cukierkowatymi pioseneczkami o niczym. Oczywiście bardzo dobrze zagrana, poprawnie zaśpiewana i zaaranżowana, ale nie ma w niej nic, co by warto było pamiętać po przesłuchaniu całej płyty. Kilkanaście ładnie wygładzonych kompozycji w których przewija się „nutka” Nashville, lekko doprawiona młodzieńczym buntem, rodem z Orange Couty. Wszystko fajnie, tylko już to znamy dzięki Ronanowi Keatingowi, Shani Twain, czy nawet rodzeństwu Corr. Nie wątpię, że może i u nas znajdzie się „kilka” zakochanych nastolatek z dobrych domów, które wraz z nim będą nucić „Sine”, „Fasted Car”, czy „Stupid Boy”. Tyle, że jak wyjdzie na jaw, że to mąż Nicole Kidman, to i tak oczy się zwrócą bardziej na nią, niż na niego... Reasumując - do Chrisa Martina jeszcze mu daleko...

BULLET FOR MY VALENTINE – "Scream Aim Fire"

     Po premierowym krążku ‘The Poison’, grupa ostatnie lata spędziła w trasach koncertowych supportując takie tuzy rocka jak Iron Maiden, Guns’n’Roses, czy Metallicę. Po zapoznaniu się z krążkiem ‘Scream Aim Fire’ nie ukrywam, że ta ostania kapela musiała na nich zrobić kolosalne wrażenie, bowiem nowa płyta zagrana jest z ewidentnym ‘metalicznym’ zachwytem. Momentami nawet można odnieść wrażenie, jakby Kirk Hammettt i koledzy mieli na nią wpływ. Jedno jest pewne. Jeśli na krążku Bullet For My Valentine głosu użyczyłby James Hatfield, z powodzeniem wielu mogłoby uznać ten krążek, jako kolejny w dorobku formacji z ‘miasta aniołów’. Grunt, to odpowiednie wzorce. Płyta na pewno może się podobać zwolennikom mocnego grania. Jest o wiele szybsza i bardziej agresywna od ‘The Poison’, ale co ważne, na równie wysokim poziomie melodyjności. A to cieszy. Z pewnością nie należy przejść obok niej obojętnie, bowiem wkład i zaangażowanie jakiego dokonano w nagraniach zasługuje na to, aby wyrobić sobie o tym krążku własna opinię.  

SEETHER – "Finding Beauty in Negative"

     Trzecia studyjna płyta amerykańskiej grupy rockowej, znanej z przeboju Broken w duecie z Amy Lee (Evanescence). To kolejna płyta, na której słychac ewidentne czerpanie z twórczości Deftones, Korn, Creed, Korn, czy nawet Staind. Jeśli to potraktować jako błąd można mieć wątpliwości. Jeśli jednak zagłębić się w same dźwięki nie zwracając uwagi na to, co już było [bo wszystko już było], to całkiem przyzwoita płyta, która ma szansę na szersze zaistnienie. Miło by było, bo album ‘Finding Beauty In Negative Spaces’ to kawał dobrej muzycznej roboty, w którą zaangażowany był także Howard Benson, odpowiedzialny za brzmienie takich kalpel jak Daughtry, My Chemical Romance, czy Hoobastank. To już powoduje, że na krążku znajduje się kilka potencjalnych hitów, lecz sugerował nic nie będę, znając nieprzewidywalność gustów w zależności od pory roku. Wierzę jednak, że nowa płyta Seether stanie się gratką dla tych, którzy preferują czyste, ostre i rytmiczne granie, połączone z ładnymi, przemyślanymi melodiami. A do takich też się zaliczam.